czwartek, 15 lutego 2018

Krem do rąk w piance?

Krem do rąk w piance?
Cześć :) 

Pamiętacie moją wycieczkę do Berlina? Pisałam o niej TUTAJ. Jedną z rzeczy które kupiłam były pianki do dłoni Balea, na które polowałam odkąd się pojawiły w sprzedaży. Po pół roku używania w końcu postanowiłam o nich napisać kilka słów :) 
Jak zobaczyłam je pierwszy raz w internecie to od razu postanowiłam je wypróbować. Uwielbiam kosmetyki które mają ładne opakowania, firmę Balea znałam od dawna, więc pianki od razu znalazły się w moim koszyku. Nie mogłam się doczekać pierwszych testów więc jeszcze w busie nałożyłam je na dłonie :)


Pianki są w dwóch wersjach: cake pop (czekolada) i raspberry party (malina). Jak już wspomniałam kosmetyk ma formę pianki, wygląda trochę jak bita śmietana. Taką piankę nakładamy na dłonie, smarujemy i czekamy aż się wchłonie. Tutaj zauważyłam pierwszą wadę - niestety pianka jest tak jakby nieco wodnista. Na początku wygląda normalnie, ale po rozsmarowaniu jej na dłoni mam wrażenie, że są one lekko wilgotne. Prawdopodobnie wynika to z formy kosmetyku, nie może on być zbyt tłusty. Dlatego pianki nadają się raczej na lato niż na zimę, są bardzo lekkie. Nawilżenie jest zauważalnie mniejsze niż w przypadku tradycyjnego kremu do rąk.


Plusem natomiast jest zapach. Obie pianki pachną cudownie, czekoladowa przypomina mi budyń, natomiast malinowa pachnie jak świeże maliny.
Opakowanie pianki jest wygodne, jest też dosyć spore, więc kosmetyk wystarczy na długo. Ja mam je od pół roku i nie zauważyłam żeby się już kończyły.
Podsumowując, mam mieszane uczucia co do tych pianek. Miałam do nich wielkie oczekiwania i może przez to się nimi częściowo rozczarowałam. Nawilżenie nie jest zadowalające, ale też nie mogę powiedzieć że kosmetyk zupełnie nie pomaga. Plusem jest piękny zapach i ładne opakowanie. Jako gadżet albo dodatek do prezentu kosmetyki Balea są bardzo fajne :)
Pianki kupicie w niemieckim DM albo w polskich sklepach internetowych, w DM kosztowały ok. 1,5-2 euro.


Lubicie tego typu kosmetyki? Może znacie inne, nietypowe kremy? 
Będzie mi miło jeśli zostawicie po sobie komentarz :) 

wtorek, 13 lutego 2018

denko styczeń 2018

denko styczeń 2018
Cześć :)

Z małym poślizgiem, ale w końcu prezentuję Wam styczniowe denko.  W zeszłym miesiącu udało mi się pozbyć całej góry kosmetyków. Dokończyłam to co było na dnie, zrobiłam przegląd i wywaliłam stare i zużyte produkty. Niektóre rzeczy zalegały w mojej szafce od dawna, więc już najwyższa pora aby się tego wszystkiego pozbyć.


1. Żele pod prysznic: Le petit maresillais, Treaclemoon, Isana i Yves Rocher. Treaclemoon był zdecydowanie moim ulubieńcem, kocham ten zapach - pachnie jak cola :) Z pewnością kupię go ponownie. LPM również pachniał bardzo ładnie, kwiat pomarańczy to coś co zdecydowanie mi pasuje. Isana była zdecydowanie najgorsza, lubię żele tej marki ale akurat ten miał okropny zapach i wodnistą konsystencję. Natomiast na uwagę zasługuję YR, żel jest maleńki ale wystarcza na bardzo długo. Zapach nie mój, ale dostałam go gratis więc nie narzekam :)


2. Kosmetyki do ciała: Balea, Yves Rocher, Farmona. Tutaj trochę poszalałam, produktów jest zdecydowanie więcej niż w zeszłym denku, ale to przez to że pozbyłam się kilku rzeczy które czekały na dnie szafy. Zużyłam jeden żel do golenia (Balea, wersja grejpfrutowa - pachniał świetnie), piankę do rąk Balea,  mini balsam no name i dezodorant Balea. Wywaliłam resztkę balsamu YR i olejek do masażu Farmona (niestety się przeterminowały).


3. Kosmetyki do twarzy: Nacomi, Nivea, Bielenda, Vianek, Balea, Garnier. Czarne mydło zużyłam do końca, ale raczej do niego nie wrócę - nie widziałam specjalnych efektów po jego zastosowaniu, w sumie to po zużyciu całego opakowania nie umiem powiedzieć czy w czymś mi pomogło. Inaczej sprawa ma się z drugim kosmetykiem Nacomi, czyli naturalnym masłem shea. Stosowałam je w zasadzie do całego ciała, dobrze nawilżało, natłuszczało i łagodziło podrażnienia po depilacji. Masełka do ust były już na wykończeniu od dawna, wyrzuciłam je z uwagi na termin ważności. Krem Vianek to już moje 3 albo 4 opakowanie, na pewno kupię ponownie! Szykuję dla Was post na jego temat więc niedługo dowiecie się za co go tak lubię :)
Z maseczek byłam raczej zadowolona. Bielendę i Garniera wypróbowałam już kiedyś, obie spisały się znakomicie. O maseczce z pandą niedługo przeczytacie na blogu. Natomiast maska żelowa okazała się niewypałem (może o niej też napiszę?).


4. Kolorówka - Loreal, Maybelline, Boujouris, Max Factor, Rimmel, Skin79, Renovital. Tutaj zdecydowanie widać efekty moich kosmetycznych porządków - podkład Maybelline, krem CC i tusze do rzęs były już na wykończeniu. I tak ich nie zużyję, więc nie ma co ich trzymać. Pozbyłam się też henny do brwi marki Renovital, była ona moim wielkim rozczarowaniem. Zapowiadała się fajnie - wygodny aplikator, kosmetyk wielokrotnego użytku... ale niestety okazało się, że henna po prostu nie działa. Ledwo co zabarwiła włoski, w dodatku po dwóch dniach nie widziałam żadnego efektu, wszystko się zmyło.
Dużym zaskoczeniem była dla mnie próbka kremu BB Skin79 - myślałam, że jest on ciemniejszy i bardziej żółty, okazał się jednak bardzo jasny. Jest chyba jaśniejszy od wersji różowej. Ostatnim kosmetykiem z kolorówki jest puder Rimmel, jak dla mnie niezastąpiony :)


5. Kosmetyki do włosów: Isana. Tutaj nie poszalałam, zużyłam tylko lakier do włosów. Był już od dawna na wykończeniu, ale że używam go rzadko to wystarczył mi na bardzo długo. Oczywiście skończył się w momencie kiedy postanowiłam w końcu zrobić sobie jakąś ambitniejszą fryzurę ;)


Podsumowując, jestem całkiem zadowolona z tego denka. Pochwalę się Wam że w styczniu kupiłam sobie tylko tusz do rzęs, nie skusiłam się na żadną super promocję, nie powiększyłam moich (i tak już dużych) zapasów kosmetycznych. W tym miesiącu moje zapasy jednak trochę się powiększą, więc możecie się spodziewać recenzji kilku nowości kosmetycznych. Tymczasem cieszę się ze zrobienia sobie miejsca w szafce z kosmetykami :)
Jak podoba Wam się to denko? Któryś kosmetyk Was zainteresował?

Będzie mi bardzo miło jeśli zostawicie po sobie komentarz, chętnie zajrzę też na Wasze blogi :) 

niedziela, 11 lutego 2018

Ulubione dodatki do kąpieli

Ulubione dodatki do kąpieli
Cześć :)

Czy Wam też ostatnio tak szybko leci czas? Dopiero zaczął się miesiąc, jeszcze nie zdążyłam podsumować denka a tu już 1/3 miesiąca za nami. Ale spokojnie, o denku nie zapomniałam, projekt jest w trakcie realizacji - zdradzę już że w tym miesiącu denko będzie wyjątkowo duże ;) Za to na dzisiejszy wieczór mam dla Was krótki wpis o ulubionych produktach do kąpieli.
Przy okazji ostatnich porządków kosmetycznych znalazłam całkiem sporą kupkę kąpielowych dodatków, pomyślałam więc że zrobię o nich mały post. Na co dzień raczej preferuję prysznic, jednak kiedy mam trochę więcej czasu i chcę się zrelaksować po cięższym dniu chętnie biorę kąpiel. Obowiązkowo używam wtedy jakiś dodatkowych umilaczy.


Lubię różnorodność, dlatego zwykle kupuję kilka małych opakowań niż jedno wielkie. Mogę wtedy wybierać spośród wielu zapachów, nie muszę się ograniczać. Sole zwykle kupuję w DM, niemieckim Rossmannie albo w drogeriach internetowych - niestety w naszym Rossmannie nie ma tak dużej różnorodności, mam wrażenie że ciągle widzę tam to samo. Nie mam swojej ulubionej marki, myślę że wszystkie sole z poniższego zdjęcia są porównywalne. Różnią się głównie zapachami i opakowaniami. Najczęściej sięgam po marki takie jak Balea, Dresdner Essenz, Isana i Kneipp,Ostatnio skusiłam się też na nowość, czyli sól do kąpieli Treaclemoon. Pachniała cudownie :)
Przy wyborze soli zwracam uwagę nie tylko na zapach ale też na opakowanie. Spójrzcie na zdjęcie - niektóre produkty wyglądają po prostu uroczo (np. reniferek - cudo).


Z kąpielowych dodatków bardzo lubię też kule do kąpieli. Mają ładne zapachy i często mają właściwości pielęgnujące. Obecnie korzystam z kul które dostałam na święta, niestety nie działają one zbyt dobrze (za to opakowanie mają 11/10). Najrzadziej sięgam po płyny do kąpieli, ten co widzicie na zdjęciu jest z Farmony, jego również dostałam na święta. Największy jego plus w stosunku do soli to to, że robi całą górę piany. Pachnie gumą balonową, ale niestety zapach jest mało intensywny. Na szczęście piana mi to wynagradza :)




Lubicie takie dodatki do kąpieli? Macie swoje ulubione produkty? 
Będzie mi miło jak zostawicie po sobie jakiś ślad, na pewno do Was zajrzę :)

środa, 7 lutego 2018

Bielenda, serum z serii Zielona Herbata

Bielenda, serum z serii Zielona Herbata
Cześć :)

Stosujecie w swojej codziennej pielęgnacji serum do twarzy? Ja o istnieniu takiego kosmetyku dowiedziałam się stosunkowo niedawno, bo dopiero dwa lata temu. Od tamtej pory wypróbowałam ich kilka, zarówno naszych jak i koreańskich, wszystkie sprawdziły się równie dobrze. Obecnie używam serum z Bielendy i to właśnie o nim będzie dzisiejszy wpis.
Nie ma dokładnej definicji serum. Z założenia jest to produkt o lekkiej, prawie płynnej konsystencji i bogatszym składzie niż kremy. Zaleca się stosować go kilka razy w tygodniu, ale można to robić również codziennie.
Serum które obecnie używam to Zielona Herbata od Bielendy. Kusiło mnie ono już od dawna, a dzięki pewnej uprzejmej osobie mam w końcu okazję do jego przetestowania <3


Serum zamknięte jest w małej, szklanej buteleczce. Pojemność to zaledwie 15 ml, ale wystarcza na długi czas, po ponad miesiącu ledwo widzę ubytek. Opakowanie zawiera wygodną pipetę, za pomocą której możemy w łatwy sposób nanieść serum na twarz. Buteleczka wygląda elegancko, aż miło się po nią sięga.

Według producenta, serum przeznaczone jest do skóry mieszanej. Reguluje ono pracę gruczołów łojowych, nawilża skórę, przyspiesza regenerację naskórka, działa antybakteryjnie i tonizująco, ma więc całkiem sporo funkcji.

Co znajdziemy w składzie?
  • olejek z drzewa herbacianego - ma działanie antybakteryjne
  • azelogicynę - nawilża, rozjaśnia, działa antybakteryjnie
  • witaminę C - rozjaśnia
  • kwas migdałowy - łagodnie złuszcza skórę
  • witaminę B3, czyli niacynę - działa antyoksydacyjnie i przeciwtrądzikowo
Skład jest więc całkiem bogaty :)


Serum stosuję od kilku tygodni (ok. 5-ciu). Używam go zwykle 4-5x w tygodniu, w dniach w których go nie używam zwykle robię maseczki.  Próbowałam go nakładać rano, pod makijaż i wieczorem, za każdym razem spisywał się tak samo. Serum wchłania się błyskawicznie, już po kilku chwilach nie ma po nim śladu. Aplikacja jest wygodna, wystarczy nanieść kilka kropel kosmetyku na oczyszczoną skórę, następnie rozmasować ją dłońmi i delikatnie wklepać w skórę. Jedyne co mi przeszkadza podczas aplikacji to zapach. Serum pachnie oczywiście zieloną herbatą, co niestety nie przypadło mi do gustu, zdecydowanie nie jest to mój ulubiony aromat. Na szczęście już po kilku chwilach zupełnie go nie czuć.
Tuż po aplikacji trudno zauważyć jakiekolwiek efekty, jednak przy dłuższym stosowaniu są już one widoczne. Serum odżywia skórę, sprawia, że jest pełna blasku. Po tych kilku tygodniach mam wrażenie, że moja skóra wygląda na zdrowszą. Kilka drobnych przebarwień zniknęło, co też jest zasługą serum. Efekty są wyraźnie widoczne, co więcej są długotrwałe, nie znikają w kilka godzin po aplikacji. Nie zauważyłam natomiast mniejszego wydzielania sebum, wszystko jest tak jak było - moja skóra przetłuszcza się w okolicy strefy T.

Podsumowując, serum Zielona Herbata z Bielendy jest całkiem przyjemnym produktem. Musimy pamiętać o regularnym stosowaniu, bo dopiero wtedy przynosi on efekty. U mnie sprawdził się dobrze, z chęcią wypróbuję też inne warianty serum z Bielendy.

Znacie to serum? Może macie inny kosmetyk z tej serii?

Na koniec mała uwaga odnośnie odmiany słowa serum. Według SJP jest to słowo nieodmienne, dlatego właśnie tak go używałam w tym wpisie. Mam nadzieję, że nigdzie nie popełniłam żadnego błędu ;)


środa, 31 stycznia 2018

Aloes - najbardziej uniwersalny kosmetyk?

Aloes - najbardziej uniwersalny kosmetyk?
Witajcie :)

Dzisiaj chciałabym opowiedzieć Wam o jednym z bardziej uniwersalnych kosmetyków, jakim jest żel aloesowy. Aloes ma właściwości nawilżające, łagodzące, przeciwzapalne, regeneracyjne i odżywcze. Żel możemy stosować do pielęgnacji twarzy, ciała i włosów. Od pewnego czasu trwa na niego wielka moda, co można zauważyć patrząc na półki w drogeriach - praktycznie wszędzie znajdziemy charakterystyczną buteleczkę Holika Holika. Skin79 też jest coraz lepiej dostępny, od niedawna kupimy go w Rossmannie (był nawet w promocji -50%!). Zwracam uwagę na te dwie marki nie bez powodu - ich żele aloesowe mają aż 99% aloesu, nie znalazłam innych żeli z jego tak wysoką zawartością.


Oczywiście oba żele - Skin79 i Holika Holika - już dawno temu przetestowałam. Oba produkty zawierają 99% aloesu, mają taką samą konsystencję i zapach. Działanie również oceniam tak samo, nie widzę w tej kwestii żadnych różnic. Natomiast odczuwam wyraźną różnicę jeśli chodzi o opakowanie. Holika Holika wygląda jak liść aloesu - na pewno widzieliście tą buteleczkę w drogeriach, nie sposób jej nie zauważyć. Jednak moim zdaniem jest ona mało praktyczna. Ciężko wycisnąć z niej malutką ilość żelu, za to po pewnym czasie opakowanie pęka. Miałam trzy butelki, z czego dwie się połamały, jedna o dziwo jeszcze się trzyma. Natomiast żel Skin79 zamknięty jest w praktycznym pudełeczku, możemy go nakładać dokładnie tyle ile chcemy, nie ma problemu z wydostaniem resztek produktu z opakowania. Po wypróbowaniu obu produktów postanowiłam przerzucić się całkowicie na firmę Skin79, właśnie ze względu na opakowanie.



Jak widać na poniższym zdjęciu, żel aloesowy ma konsystencję takiej delikatnej galaretki. Ma przyjemny, delikatny zapach, nie ma koloru. W kontakcie ze skórą wchłania się błyskawicznie, już po kilku chwilach go nie ma, nie zostawia lepkiej warstwy.



Jak możemy stosować żel aloesowy?

W internecie znajdziemy mnóstwo porad do czego można wykorzystać taki żel. Sama stosuję go na kilka sposobów:
  • jako żel po goleniu - moja skóra jest niestety bardzo wrażliwa, golenie i depilacja to dla niej duży problem. Żel niweluje zaczerwienienia i podrażnienia, przyspiesza też gojenie się krostek. Można go nałożyć tuż po goleniu, nie wywołuje pieczenia.
  • jako dodatek do maseczek z glinki - jak wiadomo maseczkę trzeba z czymś rozmieszać, czasem dodaję więc do niej odrobinę żelu. 
  •  jako dodatek do peelingu - znacie korund kosmetyczny? Jest to minerał wykorzystywany m.in. w gabinetach kosmetycznych przy mikrodermabrazji. Korundu możemy używać również w domu, ma świetne właściwości peelingujące. Wystarczy wymieszać go z żelem i przeprowadzić peeling, skóra jest po nim gładka i delikatna w dotyku.
  • jako krem po opalaniu - dopadło Was kiedyś poparzenie słoneczne? Mnie niestety tak. Żel aloesowy bardzo mi wtedy pomógł, łagodził ból i podrażnienia, przyspieszył gojenie i regenerację skóry. Od tamtej pory zawsze zabieram go ze sobą na wakacyjny wyjazd.
  • jako krem pod oczy - odkąd zaczęłam pracować przed komputerem mam częste problemy z oczami. Są podrażnione, pieką, w dodatku często mam opuchliznę pod oczami. Wieczorem nakładam grubą warstwę żelu na powieki i pod nie, pomaga mi to w niwelowaniu opuchlizny. Efekt jest mocno odczuwalny.
  • jako maskę do skóry głowy - skóra głowy jest niestety często pomijana w pielęgnacji, a przecież ona również jej wymaga. Żel nakładam grubą warstwą przed myciem włosów, czekam aż się wchłonie i zmywam całość. Dzięki temu skóra nie jest przesuszona, nie produkuje nadmiaru sebum = włosy są dłużej świeże i czyste.
  • jako podkład pod olejek do twarzy - w ten sposób używam go zdecydowanie najrzadziej, głównie dlatego że rzadko kiedy używam olejków (ale chyba czas to zmienić).
  • tak po prostu - czasem nakładam go tak po prostu, bez żadnej przyczyny. Głównie na skórę twarzy, aby ją nawilżyć, ale też zdarza mi się nakładać żel na dłonie, szyje, czy też całe ciało.
 Podsumowując, żel aloesowy jest kosmetykiem który warto mieć w swojej kosmetyczce. Możemy go wykorzystać na wiele różnych sposobów, na pewno się nie zmarnuje. Ja póki co zrobiłam sobie zapasy, ale na pewno kupię go ponownie, chyba nigdy nie miałam jeszcze tak uniwersalnego kosmetyku.
Znacie ten żel? Lubicie? Może macie dla niego jakieś ciekawe zastosowanie? Czekam na Wasze opinie :)

czwartek, 25 stycznia 2018

kokosowa pielęgnacja włosów z Organix

kokosowa pielęgnacja włosów z Organix
Witajcie :)
 
Od pewnego czasu testuję dwie nowości do włosów. Są to szampon  Coconut Water i odżywka Nourishing Coconut Milk marki Organix. W obu produktach dominuje kokos, zarówno w składzie jak i w zapachu. Jak wiadomo kokos ma silne właściwości odżywcze i nawilżające, teoretycznie więc powinien dobrze działać na włosy. Jak się sprawdził w rzeczywistości?  
 
 
Oba kosmetyki wypróbowałam już razem i solo. Najlepiej radzą sobie w duecie, jednak coś w tym jest że najlepiej używać szamponu i odżywki z tej samej firmy.  Osobno oczywiście też dają radę, ale efekt nie jest tak dobry.
Na początku chciałam wypróbować szampon z mlekiem kokosowym, jednak był on już niedostępny w sklepie. Zamiast niego kupiłam wersję z wodą kokosową. Szampon zamknięty jest w estetycznym opakowaniu. Jest bardzo gęsty i trochę galaretowaty, przez co ciężko się go nakłada. Najlepiej rozmieszać go z wodą, to nieco poprawia sytuację, ale nie ma co się oszukiwać - miałam już mnóstwo łatwiejszych do nałożenia szamponów. Szampon nie tworzy zbyt dużej piany, na głowie również pozostaje gęsty, ciężko się z nim pracuje. Ma za to orzeźwiający i realistyczny zapach wody kokosowej, jeśli ktoś lubi takie aromaty to na pewno będzie zadowolony.
Działanie szamponu rekompensuje jego ciężkie nakładanie. Kosmetyk doskonale oczyszcza włosy, a dodatkowo nie powoduje ich przetłuszczania ani obciążania. Będzie odpowiedni dla włosów cienkich i osłabionych - już dawno nie miałam tak lekkiego szamponu, zero obciążenia.
 

Odżywkę chciałam wypróbować już od dawna, ale jakoś się do tego nie mogłam zabrać. A szkoda, bo jest świetna i już widzę poprawę moich włosów. Podobnie jak w przypadku szamponu, odżywka też ma zapach kokosa. Nie ma za to dziwnej konsystencji tylko taką kremową, jak większość tego typu produktów.
Skład jest bogaty, znajdziemy w nim wiele dobrych rzeczy, takich jak mleczko kokosowe, olejek jojoba, białka jaja kurzego, olej kokosowy i witaminę E. Wszystkie te substancje wpływają dobroczynnie na nasze włosy.
Po dłuższym używaniu odżywki zauważyłam, że włosy przede wszystkim łatwiej się rozczesują. Są gładkie i jedwabiste, w dodatku mają piękny połysk. Odżywka jest bardzo wydajna, ubywa jej wolniej niż szamponu (a stosuję ją za każdym razem co szampon, mniej więcej w takiej samej ilości). Z tego produktu jestem znacznie bardziej zadowolona.
 
 
Największą wadą wszystkich produktów Organix jest niestety cena. Co prawda opakowania są duże, ale produkty kosztują ok. 30 zł. Raczej nie kupię ponownie szamponu (głównie przez jego złe nakładanie), ale myślę że na odżywkę można się skusić. Przy jakiejś okazji zaopatrzę się też w serum kokosowe z OGX, bardzo mnie ono ciekawi.
 
Znacie kosmetyki tej firmy? Co o nich sądzicie?
 
Jeśli spodobał Ci się post daj mi o tym znać w komentarzu, na pewno zajrzę też do Ciebie :) 

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Magiczny peeling w jajku Holika Holika

Magiczny peeling w jajku Holika Holika
Cześć :)

Dzisiaj chciałabym Wam pokazać kolejny azjatycki produkt który miałam okazję przetesotwać. Wcześniej mogliście już przeczytać moją pozytywną recenzję peelingu enzymatycznego Tony Moly Appletox, dzisiaj przyszła pora na kosmetyk, który pobił jabłuszko w walce o najlepszy kosmetyk do twarzy. Mowa o peelingu Holika Holika Smooth Egg. Jeśli jesteście ciekawi w czym jajko od Holika Holika okazało się lepsze i dlaczego jest tak wyjątkowe to zapraszam do lektury. 

Jajko ma ciekawe opakowanie, podobnie jak wiele innych koreańskich kosmetyków. Jest dosyć spore, spodziewałam się czegoś mniejszego. Górna część zdejmuje się dosyć łatwo, pod spodem ukryte jest drugie zamknięcie, które bezpośrednio przykrywa kosmetyk. Dół jajka jest za to miękki, jakby silikonowy. Nie ma żadnego problemu z otwieraniem ani z wyciskaniem produktu.
W składzie produktu znajdziemy substancje takie jak sproszkowaną skorupkę z jajek, ekstrakt z jajek, ekstrakt z soku z czarnej borówki, ekstrakt z cytrusów, cukier klonowy czy cukier trzcinowy. Peeling nastawiony jest głównie na oczyszczanie i rozjaśnianie skóry.
Kosmetyk ma formę delikatnego, lekko białego żelu. Jest to peeling enzymatyczny, więc nie znajdziemy w nim ścierających drobinek. Ma delikatny, neutralny zapach. Nanosimy go na oczyszczoną skórę twarzy, czekamy chwilę po czym zaczynamy masować twarz. I tutaj zaczyna się coś bardzo ciekawego - na skórze zaczynają się tworzyć wałeczki, zupełnie tak jakby rolował się martwy naskórek. Na początku nie chciałam uwierzyć że to naskórek, tyle tego było (a peelingi robię kilka razy w tygodniu, czasami codziennie). Potem zrobiłam szybki test - użyłam peelingu trzy razy pod rząd, przy trzecim użyciu nie było śladu po wałeczkach. Na stronie producenta przeczytałam, że dziwne paprochy to zrolowany naskórek i różne zanieczyszczenia. Muszę przyznać, że wypróbowałam już wiele peelingów, ale tylko ten działa tak widowiskowo. Oczywiście efekty widziałam też po innych produktach, ale w przypadku jajka możemy gołym okiem zauważyć jego pracę. Po użyciu skóra jest gładka i bardzo dobrze oczyszczona. Widzę też pozytywne rezultaty długoterminowego używania - mam mnie zapchanych porów i wyprysków.

Podsumowując, jestem zadowolona z peelingu. Ma dobre działanie, jest wydajny, a dodatkowo ma też fajne opakowanie. Polecam go każdemu, kto lubi dbać o swoją skórę :)
Znacie ten peeling? Może znacie inne produkty Holika Holika? Dajcie znać w komentarzu :)



poniedziałek, 15 stycznia 2018

Rossmann: 2+2 na kosmetyki naturalne i żywność ekologiczną

Rossmann: 2+2 na kosmetyki naturalne i żywność ekologiczną
Witajcie :)
 
Zapewne większość z Was już słyszała o najnowszej promocji. Rossmann znowu szaleje, tym razem w dziale z kosmetykami naturalnymi i zdrową żywnością. O ile co do niektórych kosmetyków mogę mieć wątpliwości czy aby na pewno podchodzą pod naturalne, o tyle w promocji udało mi się kupić sporo ciekawych produktów spożywczych. Jeśli jesteście ciekawi co takiego kupiłam, to zapraszam do lektury :)
 
 
Pierwszą rzeczą która powędrowała do koszyka była paczka suszonych owoców pitaja, marki Leo Dried Fruits. Chciałam je wypróbować odkąd pojawiły się w asortymencie, jednak cena nieco mnie odstraszała (7,99 zł/50g). Teraz do kompletu wzięłam też paczkę owoców jackfruit i tutaj spotkało mnie małe rozczarowanie - o ile pitaja nie ma w sobie dodatku cukru, o tyle jackfruit już ma, niewiele ale jednak. Oczywiście nie będę popadać w paranoje, to tylko odrobina cukru, jednak z tego co pamiętam wcześniej nie było go w składzie. Póki co spróbowałam pitaję i muszę przyznać, że ma bardzo ciekawy smak, lekko słodki i sezamowy. Jest dobra zarówno solo jak i z jakimś jogurtem (w sumie to zjadłam ją tak jak czipsy). Poszczególne plasterki są od siebie oddzielone folią, dzięki czemu owoce nie są posklejane. Raczej nie zagości na stałe w moim menu, ale od czasu do czasu chętnie ją kupię.



Kolejne produkty to batony Be Raw, Purella Food. Nie jestem fanką Ewy Chodakowskiej, ale muszę przyznać że batony są całkiem udane. Mają świetne składy, nie znajdziemy w nich żadnych zbędnych dodatków, są też bez dodatku cukru. Wartość energetyczna jednego batona to ok. 130-150 kcal, czyli jest to niewielka przekąska. Batony są bardzo smaczne, mimo tego że nie dodano do nich cukru są słodkie. Znajdziemy też w nich interesujące składniki, takie jak suszony burak, nasiona chia, chlorella, czy inne super foods. Myślę że jest to coś w sam raz dla fanów zdrowego odżywiania.
Oprócz batonów Be Raw wzięłam też baton Dobra Kaloria, baton Go On (proteinowy) oraz czipsy bananowe (banany, cukier trzcinowy i olej kokosowy - trochę dużo kalorii, ale bardzo smaczne :) ).
W Rossmannie można znaleźć coraz więcej ciekawych produktów spożywczych. Jeśli zależy nam na produktach z certyfikatem ekologicznym i dobrym składem to śmiało możemy tam szukać, asortyment już jest spory, a z tego co widzę stale się powiększa.


Z kosmetykami zbytnio nie poszalałam, mam za duże zapasy żeby jeszcze coś dokupować. Skusiłam się tylko na dwa szampony Alterry. Oba już miałam i byłam z nich bardzo zadowolona. Szamponów i odżywki Alterra używam już od wielu lat i jak do tej pory jestem z nich za każdym razem zadowolona. Ograniczyły moje przetłuszczanie się włosów, do tego dobrze oczyszczają i nie plączą końcówek. Na pewno będę ich używać jeszcze przez długi czas, no chyba że coś się stanie i firma zniknie z rynku.
Oprócz kosmetyków Alterra, w obecnej promocji możemy zakupić kosmetyki YOPE, Vianek, Natura Siberica, Tołpa, O'Herbal, Petal Fresh i wiele innych.

 
Promocję uważam za udaną, jedynym minusem jest mała dostępność niektórych produktów. Niestety ale marki takie jak YOPE czy Vianek nie są dostępne we wszystkich sklepach, trzeba ich szukać w tych większych Rossmannach.
Skorzystaliście  z promocji, czy może tym razem odpuszczacie?
 
 
Zapraszam na mój profil na instagramie, właśnie trwa na nim rozdanie kilku świetnych kosmetyków takich firm jak Balea, Marion i Bielenda !

wtorek, 9 stycznia 2018

L'biotica jaśmin indyjski i mleko kokosowe

L'biotica jaśmin indyjski i mleko kokosowe
Witajcie :)
 
Dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić recenzją zestawu kosmetyków L'biotica, z limitowanej serii jaśmin i mleko kokosowe. Zestaw wygrałam w świątecznym rozdaniu organizowanym na Dresscloud, jest to już moja druga wygrana w ich rozdaniu, więc warto brać w nich udział :)
W skład mojego zestawu wchodzi maska do włosów i szampon micelarny. Miałam już kilka masek Biovax, ale szampon to dla mnie zupełna nowość.
 

 

Zacznijmy od recenzji maski. Jest ona przeznaczona do włosów osłabionych i  wypadających . Kosmetyk zamknięty jest w plastikowym opakowaniu, typowym dla masek Biovax. Razem z maseczką otrzymujemy foliowy czepek termoochronny, który poprawia wchłanianie kosmetyku oraz chroni przed zabrudzeniem w czasie aplikacji. Maska ma przyjemny, lekko orientalny zapach. Nie czuję w niej jaśminu, za to wyraźnie wyczuwam mleko kokosowe. Konsystencja jest gęsta i kremowa, dzięki czemu kosmetyk łatwo się nakłada.
Zanim zaczęłam używać maski Biovax miałam duże problemy z rozczesywaniem włosów. W zasadzie odkąd pamiętam mam z tym mniejszy bądź większy problem -  moje włosy mają tendencję do kołtunienia się, łatwo się plączą i puszą. Po użyciu maski problem znika w magiczny sposób - nagle mogę z łatwością rozczesać włosy. To dla mnie ogromny plus, nie każda odżywka tak działa. Kolejnym plusem jest wygląd włosów. Wiadomo, że zniszczone końcówki ciężko zregenerować, nie wyglądają one też za ciekawie, ale dzięki tej masce włosy z pewnością wyglądają zdrowiej niż przedtem. Niedługo pójdę przyciąć końcówki, wtedy efekt powinien być jeszcze lepszy. Włosy są wygładzone i sypkie, tego też nie zapewnia każda odżywka. Ciężko mi powiedzieć coś na temat samego wypadania. Faktycznie, ostatnio zbieram nieco mniej włosów ze szczotki, ale też nigdy nie było ich zbyt wiele. Najważniejsze, że maska działa regenerująco i naprawczo :)




Szampon micelarny o zapachu kwiatu jaśminu i mleka kokosowego zamknięty jest w małym opakowaniu. Bardzo mnie ono zaskoczyło, bo ma zaledwie 200 ml i jest mniejsze niż maska. Nie jest to takie złe, bo szampon będzie w sam raz na siłownię, szkoda tylko że nie wystarczy na długo. Kosmetyk ma przyjemny, kwiatowy zapach. Nie czuję w nim jaśminu, bardziej wyraźny jest aromat mleka kokosowego. Szampon ma brokatowe drobinki, które bardzo mnie zdziwiły. Po co w szamponie brokatowe drobinki? Raczej nie zaszkodzą, za to mają (chyba) za zadanie rozświetlać włosy. U mnie w sumie nie widziałam żeby te drobinki zrobiły cokolwiek, ale przynajmniej sam szampon wygląda ciekawiej. Kolejną interesującą rzeczą jest sposób nakładania. Szampon nakłada się oczywiście w normalny sposób, ale jest on ciężki, tak jakby tłusty, z dodatkiem olejku. Prawie się nie pieni. Byłam przerażona jak go nałożyłam, nie wierzyłam, że doczyści moje włosy, ale jednak spisał się znakomicie. Po jego użyciu włosy były miękkie, delikatne i bardzo dobrze oczyszczone. Za każdym użyciem lubię ten szampon coraz bardziej, jest bardzo ciekawy i na pewno warto go przetestować. Chętnie sięgnę po niego ponownie, nie odstraszyło mnie nawet niewielkie opakowanie :)


Podsumowując, firma L'biotica jak zwykle spisała się znakomicie. Oba kosmetyki są dobrej jakości i mają świetny wpływ na włosy. Znajdziecie je m.in. w Rossmanie, w cenach ok. 20-23 zł, myślę że nie jest to dużo jak na taką jakość. Bardzo mi miło że mogłam przetestować tą serię, oby więcej takich udanych produktów!

Zapraszam na mojego Instagrama (link po prawej stronie) - w weekend postaram się ruszyć z ciekawym rozdaniem!

piątek, 5 stycznia 2018

denko: grudzień 2017

denko: grudzień 2017
Witajcie :)
 
 Długo nie mogłam się zabrać za ten post - zdjęcia wyszły okropnie, a wszystkie puste opakowania powędrowały już  do kosza - ale w końcu to jakoś ogarnęłam. Jak co miesiąc przychodzę do Was z denkiem, w tym miesiącu dosyć udanym.  Zużyłam kilka starych kosmetyków, których przez długi czas nie mogłam wykończyć, niestety trafiła się też jedna rzecz po terminie. W zeszłym miesiącu zużyłam też wyjątkowo dużo próbek, aż 14. Bardzo mnie to cieszy, bo mam cały karton próbek i kiedyś muszę to w końcu zużyć. Zaczynamy!
 

1. W grudniowym denku pojawiły się wyjątkowo aż dwa produkty do golenia. Pierwszy z nich to pianka Balea o zapachu tropikalnym. Pianka pachniała bardzo ładnie, była też całkiem niezła, choć nie tak dobra jak żel.

2. Drugi produkt to żel do golenia Balea, również o zapachu tropikalnego kokosa. Żel był dobry, dzięki niemu miałam wyraźnie mniej podrażnień. Chętnie kupię kilka na zapas przy kolejnej wizycie w DM.

3.  W tym denku było też wyjątkowo dużo żeli pod prysznic. W końcu wykończyłam wszystkie te, które miałam na dnie, w łazience od razu zrobiło się więcej miejsca. Pierwszym żelem który wykończyłam był truskawkowy LPM, o którym pisałam już na blogu (KLIK). Żel okazał się mniej wydajny niż przypuszczałam, ale jego używanie to była prawdziwa przyjemność.

4. Kolejnym żelem był One Ginger Morning Treaclemoon, jeden z moich ulubieńców. Kocham ten zapach i na pewno do niego wrócę. Żel pachnie jak cola z cytrynami, jest bardzo orzeźwiający. Do kompletu mam jeszcze balsam :)

5. Trzeci żel pochodził z zimowej, limitowanej edycji Isana. Zapach był bardzo słodki, aż mdły. Na początku mi się podobał, ale im dłużej go używałam tym bardziej mi przeszkadzał.

6. Ostatni żel również był opisany na blogu, w poście Halloweenowym. Żel wystarczył na długo, ale im dłużej go używałam tym bardziej drażniła mnie jego konsystencja - był trochę za rzadki, przez co przelewał się przez ręce. Właśnie przez ta konsystencję nie zdecydowałam się na zakup wersji świątecznej.

7. W zeszłym miesiącu wykończyłam też kolejny już szampon Batiste, o zapachu róży. Róża to to na pewno nie była, raczej jakieś kwiaty i słodkie perfumy, ale sam szampon spisywał się znakomicie. Wiele razy uratował na szybko moją fryzurę.  

8. Kolejnym produktem do włosów był ziołowy czarny szampon Babuszki Agafi. Była to już moja druga butelka w tamtym roku. Szampon dobrze oczyszczał włosy, nie powodował ich przetłuszczania. Na pewno kiedyś sięgnę po niego ponownie.

 
9.  Kosmetykiem który się przeterminował był balsam po opalaniu Sun Balance. Spisywał się tak sobie, miał brzydki zapach i ciężką konsystencję. Po nałożeniu go na skórę wszystko się kleiło. Nie polecam.
 
10. W końcu zużyłam do końca peeling Love Your Body. Peeling był świetny, chętnie przetestowałabym inne zapachy. Jedyny minus jaki zauważam to zacieki na opakowaniu, ale kto by się tym przejmował - następnym razem przesypię peeling do jakiegoś słoiczka i wszystko będzie ok :)
 
11. Z kosmetykami do twarzy wyszło skromnie, zużyłam tylko dwie rzeczy. Pierwszą z nich był żel do mycia z aktywnym węglem Balea. Żel miał bardzo dziwną konsystencję, taką jakby smolistą. Nie przyklejał się do twarzy, nie tworzył piany, w sumie to miałam wrażenie że nic nie oczyszcza. Natomiast po użyciu żelu widziałam, że skóra jest czysta, bez resztek makijażu czy innych zanieczyszczeń, tak więc jednak działał.
 
12. Drugim kosmetykiem do twarzy była mgiełka oliwkowa Ziaja. Kupiłam ją w lecie, z myślą o nawilżaniu twarzy w ciągu dnia, ale używałam jej w zasadzie tylko na plaży, czasami po siłowni. Lepiej spisywała się jako tonik po wieczornym demakijażu. Raczej nie kupie jej ponownie, wolę wodę różaną albo hydrolat.
 
13. Ostatnim kosmetykiem do twarzy była wykończona na początku miesiąca maseczka Marion. Maseczka bardzo mi pomogła, używałam jej jako kremu na noc - rano moja skóra była świetnie nawilżona! Całą serię uważam za bardzo udaną.
 
14. Najskromniej jak zwykle było z kolorówką. Zużyłam tylko swój ulubiony tusz, Loreal so couture :)
 


15. Jak widzicie zużyłam całkiem sporo próbek (14 szt + jeden mini produkt). Jestem z tego powodu bardzo zadowolona, bo próbek mam aż za dużo. Znalazłam tu kilka ciekawych produktów, jak np. toner Skinfood albo krem ze śluzem ślimaka, ale też i kilka bubli (krem BB Madara - okropność!). Póki co i tak nie kupię sobie żadnego pełnego opakowania, bo moja kosmetyczka pęka w szwach, jeszcze trochę i zacznę potrzebować drugiej łazienki na to wszystko :D
 
 
Jak tam Wasze zużycia, udane w tym miesiącu? :)

Zapraszam na mojego Instagrama, jeśli dobrze pójdzie to w tym miesiącu zacznie się kolejne rozdanie :)

środa, 3 stycznia 2018

powrót do hybryd po uczuleniu

powrót do hybryd po uczuleniu
Witajcie :)

Dzisiejszy post będzie pierwszym postem paznokciowym na tym blogu. Zapewne dwa lata temu nie uwierzyłabym, że pierwszy raz pokażę swoje paznokcie dopiero po pół roku od powstania bloga, z jednej prostej przyczyny - od lat miałam bzika na punkcie swoich paznokci. Nosiłam je długie odkąd pamiętam, zawsze były zadbane i pomalowane. Zwykły lakier odpryskuje po kilku dniach, więc można było przewidzieć, że szybko zajmę się hybrydami. Niestety moja przygoda skończyła się tak prędko jak się zaczęła, z powodu uczulenia. Jeśli chcecie wiedzieć jak się z nim rozprawiłam i w jakim stanie są teraz moje paznokcie, to zapraszam do lektury :)

Na poniższym zdjęciu widzicie moje pierwsze hybrydy, wykonane lakierami Semilac. Wyszły tak sobie, później szło mi znacznie lepiej. Pierwszy zestaw do hybryd kupiłam w wakacje 2016 roku, potem ciągle coś dokupywałam. Używałam głównie bazy i topu Semilac, do tego lakierów Semilac, CND i Bling, te ostatnie są z Aliexpress. Paznokcie szybko odrastały, więc średnio co dwa tygodnie robiłam sobie nowe. Nie łamały się, z natury mam silne paznokcie a tutaj były one dodatkowo wzmocnione. Płytka była na prawdę bardzo długa, co zupełnie mi nie przeszkadzało. Wszystko było pięknie, aż do pewnego czasu :)


Kilka moich kolejnych paznokci:



Pierwsze objawy uczulenia pojawiły się po jakiś 5-6 miesiącach. Zaczęło się niewinnie, od swędzenia palców. Zupełnie tego nie skojarzyłam i wszystko zignorowałam, nie pomyślałam nawet, że jest to wina lakieru. Potem moje paznokcie uległy osłabieniu, kilka się złamało, więc zaczęłam kłaść na nie żel. Po położeniu żelu pod lakier wszelkie pieczenie ustąpiło i zapomniałam o problemie. W międzyczasie zaczęłam też robić paznokcie koleżankom, przez co miałam większą styczność z lakierem.
Po jakimś miesiącu zauważyłam, że palce mnie swędzą i pieką przy skórkach. Co ciekawe, piekły mnie tylko te palce, na których nie miałam przedłużonego paznokcia. Zaczęłam wtedy szukać informacji, okazało się, że może to być uczulenie. Ściągnęłam hybrydy i problem zniknął. Po dwutygodniowej przerwie, kiedy myślałam że wszystko będzie już dobrze, znowu zrobiłam hybrydy. Był to duży błąd, obudziłam się w środku nocy z okropnym bólem paznokci, czułam się jakbym je przytrzasnęła drzwiczkami od szafki. Rano oczywiście lakier ściągnęłam i zrobiłam jeszcze dłuższą przerwę. Potem zrobiłam na próbę jednego paznokcia, użyłam bazy i topu z innej firmy niż Semilac - odkrycie! Uczulenia nie ma! Po innej firmie nic mi nie było, więc tak sobie chodziłam zadowolona, aż w końcu i tak dopadło mnie uczulenie. Dookoła skórek wyskoczyła mi paskudna wysypka, wszystko bolało. Lakier oczywiście ściągnęłam, zrezygnowałam z niego całkowicie. Po tygodniu pojawiła się paskudna onycholiza (odklejanie się "różowej" części paznokcia). Paznokcie nie bolały, za to wyglądały paskudnie, w dodatku miejscami płytka była oderwana w 3/4. Lakiery oddałam koleżance, lampę sprzedałam, a paznokcie powoli odrastały. Trochę to trwało, ale w końcu wszystko wróciło do normy, teraz znowu mogę się cieszyć piękną płytką.

Paznokcie po kilku tygodniach od wystąpienia uczulenia. Nie jest to jeszcze najgorszy moment, ale już widać że są odbarwione, na serdecznym palcu widać początki onycholizy.


Paznokcie pod koniec leczenia - na zdjęciu słabo widać, ale na małym palcu paznokieć nie odrósł jeszcze w 100%, pomimo swojej długości. Obecnie wszystkie paznokcie wyglądają już tak jak trzeba.

W leczeniu objawów bardzo pomogły mi olejek herbaciany i rycynowy, które wcierałam kilka razy dziennie w paznokcie i skórki. Olejek herbaciany ma właściwości antybakteryjne i to on mi najbardziej pomagał, natomiast olejek rycynowy przyspieszał wzrost paznokcia.  Nie obyło się tez bez wizyty u dermatologa, bo niestety w jednym paznokciu wdało mi się jakieś zakażenie, ale wszystko szybko się zagoiło. W każdym razie samo leczenie trwało bardzo długo (musiały mi odrosnąć całe paznokcie), było bezbolesne, ale paznokcie wyglądały nieciekawie. Jak już wspomniałam, paznokcie na niektórych palcach były "oderwane" w 3/4, czyli praktycznie całkiem mi zeszły. Cudem jest to, że w tej chwili nie widzę żadnych powikłań :)

Jakie są objawy uczulenia na hybrydę?
- ból pod paznokciami
- pieczenie i swędzenie paznokci i palców
- wysypka i pęcherze na skórkach
- duża suchość skórek
- onycholiza (odrywanie się "różowej" części paznokcia od skóry)

Co zrobić w przypadku wystąpienia objawów?
- od razu usuń lakier!
- zrób sobie dłuższą przerwę, co najmniej miesięczną
- zmień markę lakieru
- nie maluj całych paznokci, zrób próbę uczuleniową na jednym paznokciu, po kilku dniach pomaluj resztę
- smaruj paznokcie olejkiem herbacianym

Po ponad roku od zrezygnowania z hybryd postanowiłam zaryzykować i zrobić je ponownie. Wykorzystałam lakiery Rosalind, kupione na aliexpress - nie chciałam inwestować większych pieniędzy w razie wystąpienia uczulenia. Na szczęście po trzech tygodniach nie widzę żadnych niepokojących objawów. Na jednym palcu wyskoczyła mi wysypka, która szybko zniknęła. Trudno mi powiedzieć czy była wynikiem użycia hybrydy czy może czegoś innego. Na studiach często bywam w laboratorium, równie dobrze mógł mi zaszkodzić jakiś odczynnik.
Hybrydy póki co trzymają się zadowalająco. Co prawda lakier z jednego paznokcia mi zszedł po dwóch tygodniach, ale ten paznokieć był akurat źle zrobiony, a nie miałam lampy żeby go poprawić. Cała reszta trzyma się bardzo dobrze :)




 

Trudno mi powiedzieć czy teraz wrócę do hybryd. Pod pewnymi względami bardzo mi odpowiadają, są ładne, trwałe i wygodne. Teraz nie wywołują u mnie uczulenia, ale nie wiem czy tak będzie zawsze, a po takich przygodach trochę się obawiam co się może stać. Na pewno będę znacznie ostrożniejsza w kontakcie z lakierem hybrydowym, przed kolejnym manicure zrobię sobie dłuższą przerwę (o ile w ogóle będzie jakiś kolejny), może też poszukam jakiejś alternatywy (żel? akryl?).

Co sądzicie o hybrydach? Lubicie je, czy może wolicie inny manicure? Spotkałyście się kiedyś z uczuleniem na lakier? :)

Krem do rąk w piance?

Cześć :)  Pamiętacie moją wycieczkę do Berlina? Pisałam o niej  TUTAJ . Jedną z rzeczy które kupiłam były pianki do dłoni Balea, na któ...

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Copyright © 2016 Jednafiga Blog , Blogger