wtorek, 28 sierpnia 2018

Błyszczące maseczki Selfie Project Peel-off Shine Like - hit czy kit? Recenzja GalaxyMask

Błyszczące maseczki Selfie Project Peel-off Shine Like - hit czy kit? Recenzja GalaxyMask
Cześć!

Niedawno pojawiły się w sprzedaży nowe maseczki Selfie Project z serii Shine Like. Maseczki od razu zrobiły furorę i patrząc na opakowanie trudno się temu dziwić. Są one oczywiście inspirowane brokatowymi maseczkami Glam Glow, których cena jest znacznie wyższa (ok. 200 zł/50g). Nie każdy może sobie pozwolić na taki wydatek, więc Selfie Project to ciekawa alternatywa.

 W serii znajdziemy 4 warianty masek: 

1. Shine Like a Star, oczyszczająca maska z bioaktywnym węglem i czarną quinoa (czarna).

Skład: Aqua, Polyvinyl Alcohol, Alcohol, Glycerin, Polysorbate 20, Charcoal Powder, Chenopodium Quinoa Seed Extract, Xanthan Gum, PEG 40 Hydrogenated Castor Oil, Polyglycerin-10, Polyglyceryl-10 Myristate, Polyglyceryl-10 Stearate, Citric Acid, Sodium Dehydroacetate, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Polyethylene Terephthalate, Polyurethane 11, Aluminium Powder, Parfum, Linalool.


2. Shine Like a Pearl, rozświetlająca maseczka z wyciągiem z pereł i pomelo (różowa). 

Skład: Aqua, Polyvinyl Alcohol, Alcohol, Glycerin, Polysorbate 20, Hydrolyzed Pearl, Gluconolactone, Calcium Gluconate, Citrus Paradisi (Grapefruit) Fruit Extract, Xanthan Gum, PEG 40 Hydrogenated Castor Oil, Citric Acid, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, Polyethylene Terephthalate, Polyurethane 11, Aluminium Powder, Parfum, Linalool, Cl17200, Cl15850.



3. Shine Like a Diamond, nawilżająca maseczka z kwasem hialuronowym i algami (niebieska). 

Skład: Aqua, Polyvinyl Alcohol, Alcohol, Glycerin, Polysorbate 20, Sodium Hyaluronate, Fucus Vesiculosus Extract, Xanthan Gum, PEG 40 Hydrogenated Castor Oil, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, Polyethylene Terephthalate, Polyurethane 11, Aluminium Powder, Parfum, Linalool, Cl42090, Cl19140.


4. Shine Like a Princess, wygładzająca maseczka z herbatą i aloesem (zielona).

Skład: Aqua, Polyvinyl Alcohol, Alcohol, Glycerin, Polysorbate 20, Camellia Sinensis Leaf Extract, Bambusa Vulgaris Leaf/Stem Extract, Propylene Glycol Dicaprylate/Dicaprate, Xanthan Gum, PEG 40 Hydrogenated Castor Oil, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, Polyethylene Teraphthalate, Polyurethane 11, Aluminim Powder, Parfum, Linalool, Cl15850, Cl42090, Cl19140, Cl14720.



Jaki jest skład maseczek Selfie Project? 

Na pewno nie naturalny :D W skład maseczek wchodzą:

- Aqua, czyli woda. 
Polyvinyl Alcohol, czyli syntetyczna substancja używana przy produkcji m.in. lakieru do paznokci i klejów kosmetycznych. Odpowiada ona za konsystencję maski. 
Alcohol, czyli alkohol, substancja naturalna. Może podrażniać i wysuszać wrażliwą skórę, pełni funkcję konserwującą. 
- Glycerin, czyli humektant, substancja nawilżająca i konserwująca. 
Polysorbate 20, czyli emulgator i stabilizator. Substancja nie jest wskazana w kosmetykach dla dzieci ze względu na możliwość zanieczyszczenia szkodliwym dioksanem. 
- Różne substancje aktywne, inne w zależności od maseczki. 
PEG 40 Hydrogenated Castor Oil, czyli substancja pomocnicza, niewskazana dla dzieci i kobiet w ciąży. 
Phenoxyethanol, czyli substancja konserwująca. Zakazana w Japonii, słabo przebadana, nie jest wskazana dla kobiet w ciąży i dzieci. 
Ethylhexylglycerin, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate konserwanty. 
- Polyethylene Terephthalate - w sumie to ciężko mi powiedzieć jaka jest funkcja tego składnika, jednak z tego co przeczytałam widzę, że nie jest to składnik wskazany w kosmetykach do stosowania na skórze. 
Polyurethane 11 - odpowiada za konsystencję. 
- Substancje zapachowe i barwniki. 

Nie mam nic przeciwko kosmetykom ze sztucznymi składnikami, ale ten skład mnie nie przekonuje. 


Nie trudno się domyślić, że zainteresowanie wzbudził głównie wygląd masek - kolorowe, błyszczące, brokatowe, w sam raz dla księżniczek. Sama też skusiłam się głównie przez ich wygląd i to był chyba błąd. Faktycznie, maski wyglądają fajnie w opakowaniach, ale na twarzy już nieco gorzej. Błyszczących drobinek prawie nie widać, jest ich niezbyt dużo. Niestety, maseczki nie są też zbyt dobre dla cery. Przy ich stosowaniu nie zauważyłam większych efektów. Maseczki mnie nie podrażniły, ale też nie wpłynęły korzystnie na stan cery. Mimo że wyglądają ciekawie raczej nie sięgnę po nie ponownie.

Znacie te maseczki? Co o nich sądzicie? Dajcie znać w komentarzu! :)


poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Marion Final Control - sposób na idealnie proste włosy

Marion Final Control - sposób na idealnie proste włosy
Cześć!

Niedawno miałam okazję poznać nową serię kosmetyków do stylizacji włosów prostych Final Control od Marion. Do tej pory rzadko sięgałam po tego typu produkty, ale teraz się to zmieni. Moje włosy są niby proste, ale tak nie do końca - ciągle się zawijają, lekko falują, puszą się i są trudne do ułożenia. Zwykle noszę je rozpuszczone, ale przy obecnych upałach jest mi zbyt gorąco, więc muszę je jakoś związywać. Zwykły kucyk już mi się znudził i kombinuję z innymi fryzurami, ale niby jak mam układać tak niesforne włosy? Na szczęście z pomocą przyszedł mi Marion i ich nowa seria do stylizacji. W skład serii wchodzą 3 produkty: płyn, serum i krem do stylizacji.
Według producenta, seria Final Control nie tylko ułatwia stylizację włosów ale i chroni je przed działaniem wysokiej temperatury. Jest więc idealna dla osób, które codziennie używają suszarki albo innych urządzeń do stylizacji.


Krem do stylizacji włosów prostych Marion

Pierwszą rzeczą którą zauważyłam, był piękny zapach kremu, z resztą wszystkie kosmetyki z tej serii pachną bardzo ładnie. Kiedy użyłam ich po raz pierwszy, mój chłopak pytał się mnie czy mam jakieś nowe perfumy :D
Krem ma 150 ml, jest więc całkiem spory. Opakowanie jest szczelne, można bez obaw zabrać je w podróż. Kosmetyk ma konsystencję bardzo lekkiego kremu i biały odcień. Na początku bałam się, że będzie obciążać moje włosy bo właśnie z tym kojarzyły mi się kremy do stylizacji, ale o dziwo nie zauważyłam żeby to robił.
Krem należy wetrzeć w wilgotne włosy i stylizować suszarką. Jak już wspomniałam, produkt nie oblepia włosów, za to sprawia że są one bardziej podatne na stylizację. Nie miałam problemu z rozczesaniem włosów ani z ich ułożeniem. Włosy były bardziej proste niż normalne, w ciągu dnia natomiast nie pogniotły się ani nie pofalowały, były też bardziej błyszczące.


Płyn do stylizacji włosów prostych Marion Final Control

W przeciwieństwie do kremu, płyn przeznaczony jest do włosów zarówno mokrych jak i suchych. Opakowanie zawiera 200 ml produktu, więc myślę że wystarczy na długi czas. W przypadku płynu również nie zauważyłam efektu oblepienia włosów, mimo że produkt działa podobnie jak lakier do włosów.
Płyn stosuję jako utrwalacz, czyli po prostu psikam nim gotową fryzurę. Co ciekawe, płyn sprawdza się tak samo dobrze w przypadku rozpuszczonych włosów jak i w przypadku włosów związanych - utrwala i jedno i drugie tak samo dobrze. Myślę, że może być ciekawą alternatywą dla lakieru do włosów.


Lekkie serum wygładzające do włosów prostych Marion Final Control

Serum jest ostatnim etapem stylizacji fryzury. Nie używam go codziennie, raczej na specjalne okazje. Świetnie współpracuje z innymi produktami z serii, chociaż w przypadku płynu do stylizacji wolę jednak najpierw nałożyć serum, a na końcu płyn. Serum ma pojemność 50 ml, może się wydawać że to mało ale używa się go w niewielkich ilościach. Lekkie serum wygładza włosy, nawilża i dodaje im blasku. Jest niezastąpione przy robieniu warkocza - nakładam odrobinę serum na poszczególne pasma i potem zaplatam. Dzięki temu warkocz nie ma wystających kosmyków, wygląda gładko i jest bardziej trwały.


Podsumowując, seria Final Control do włosów prostych sprawdziła się u mnie doskonale. Wszystkie produkty ułatwiają stylizację i utrwalenie fryzury bez zbędnego obciążenia. Włosy są dzięki nim pełne blasku, wyglądają ładnie i zdrowo. Dodatkowym plusem jest też ochrona włosów przed wysoką temperaturą.
Kosmetyki Marion są łatwo dostępne w wielu drogeriach, zarówno stacjonarnych jak i internetowych. Myślę, że warto je wypróbować i polecam je szczególnie osobom z niesfornymi i wymagającymi włosami. Ja jestem bardzo zadowolona :)

Znacie tą serię kosmetyków? Może znacie inne ciekawe produkty Marion? Dajcie znać w komentarzach!

poniedziałek, 30 lipca 2018

Garnier Fructis, Banana Hair Food - najlepsza maska do włosów suchych?

Garnier Fructis, Banana Hair Food - najlepsza maska do włosów suchych?
Cześć!

Po wakacyjnej przerwie wracam do Was z nowymi postami i recenzjami. Wypoczęłam, naładowałam baterie i nazbierałam całą górę kosmetyków do przetestowania. Postanowiłam też wprowadzić kilka zmian na moim IG, niedługo planuję też zmiany na blogu. Jeśli jesteście ich ciekawi to zapraszam do śledzenia bloga i IG.

Ostatnio po fali upałów moje włosy są w nieco gorszej kondycji. Zaczęły się mocno przesuszać i tracić połysk, w dodatku mam wrażenie że bardziej mi wypadają. Kiedy więc zobaczyłam w Hebe nową, odżywczą maskę Garnier Banana Hair Food od razu postanowiłam ją wypróbować. Maska zaciekawiła mnie głównie swoim składem, sami spójrzcie jak jest świetnie opisany na opakowaniu - brawo Garnier! Chciałabym, żeby każdy kosmetyk miał tak przedstawiony skład, wszystko jest ładnie rozpisane. Substancje zapachowe i konserwanty są pod koniec składu (czyli jest ich najmniej), na początku natomiast mamy emolienty i substancję nawilżającą (glicerynę).



Maskę można używać na wiele różnych sposobów. Garnier rekomenduje 3 sposoby: jako odżywkę bez spłukiwania na mokre włosy, jako maskę na mokre włosy i jako odżywkę na suche włosy. Na blogach widziałam jeszcze inne pomysły na tą maskę, więc jak widać jest bardzo wielofunkcyjna. Opakowanie jest dosyć duże, ale przy tym ile maska ma zastosowań nie powinno to dziwić. Sam kosmetyk ma przyjemną, kremową konsystencje i genialny zapach bananów. Pachnie tak pięknie, że aż mam ochotę aby go zjeść!


Wypróbowałam wszystkie 3 sposoby użycia i na prawdę ciężko mi powiedzieć która metoda jest najlepsza. Jako maskę nakładałam kosmetyk na mokre, umyte włosy i trzymałam przez jakieś 15 minut (producent zaleca 3 minuty, ale wolałam potrzymać ją dłużej), potem wszystko spłukiwałam chłodną wodą. Maska świetnie się spłukuje, nawet z gęstych i długich włosów. Po takiej aplikacji moje włosy były bardzo miękkie i sypkie, nie były obciążone ani oblepione, dobrze się je rozczesywało. Oprócz tego nakładałam maskę na mokre włosy jako odżywkę bez spłukiwania, ale w niewielkiej ilości, brałam dosłownie odrobinę na czubki palców. Obawiałam się że jak nie spłuczę maski to będę miała obciążone włosy, ale na szczęście tak się nie stało, podobnie jak w przypadku pierwszej metody moje włosy były przyjemnie miękkie i sypkie. Miałam wrażenie, że były bardziej błyszczące. Co ciekawe, nawet kiedy nakładałam maskę na suche włosy to i tak efekt był pozytywny, moje włosy nie były obciążone ani obklejone. Maska w żaden sposób nie przyczyniła się do przyspieszenia przetłuszczania się moich włosów.

Za 390 ml maski zapłacimy ok. 25 zł, ale często jest w promocji. Maski Garnier Fructis Hair Food dostępne są również w innych wariantach: Macadamia (wygładzająca), Goji (nadająca blask) i Papaya (regenerująca). Z wersji Banana jestem bardzo zadowolona, cieszę się że mogłam ją wypróbować i z chęcią sięgnę po nią ponownie. Maska spełniła moje oczekiwania, odpowiednio odżywiła i zdyscyplinowała moje włosy, okazała się też wydajna i przyjemna w użyciu. Kusi mnie wersja Goji i Papaya, ale będę je testować dopiero jak zużyję swoje obecne zapasy kosmetyków do włosow.
Wersję z bananem szczerze polecam, myślę że posiadaczki włosów suchych i trudnych do rozczesania będą z niej zadowolone.
Znacie nowe maski Garnier Fructis? Która wersja najbardziej Wam się podoba? Dajcie znać w komentarzu!


sobota, 14 lipca 2018

Jak szybko wyczyścić pędzle? Gąbka do czyszczenia pędzli z Aliexpress

Jak szybko wyczyścić pędzle? Gąbka do czyszczenia pędzli z Aliexpress
Dzisiaj chciałabym Wam pokazać rzecz, która w znaczący sposób ułatwia mi ostatnio robienie makijażu. Mowa o słynnej magicznej gąbeczce do czyszczenia pędzli z Aliexpress. Gąbeczka służy do szybkiego oczyszczania pędzli z nadmiaru pudru albo cieni. Na początku byłam sceptycznie nastawiona do takiego gadżetu, ale ponieważ nie był drogi a wydawał się być przydatny to go wypróbowałam :)


Gąbeczka okazała się całkiem spora, myślałam że będzie mniejsza - jak widać na zdjęciu, jest wielkości dużej puderniczki. Zamknięta jest w metalowym pudełeczku, moje niestety przyszło w papierowej kopercie i trochę się pogniotło, ale nie wpływa to na używanie gąbki. Sama gąbeczka nie jest twarda, tylko miękka i delikatna. Bałam się że taka twarda gąbka zniszczy moje pędzle i powyciera im włosie, ale na szczęście nie mam już takich obaw :)


Gąbka służy do oczyszczania pędzli z sypkich produktów, nie da się nią wytrzeć np. podkładu. Aby oczyścić pędzel wystarczy tylko przejechać nim kilka razy po gąbce. Oczywiście gąbka nie zbiera całego kosmetyku ani zanieczyszczeń i bakterii, więc pędzle i tak trzeba umyć po wykonaniu makijażu, ale do chwilowego oczyszczenia pędzla w czasie malowania jest jak najbardziej OK. Myślę że jest to dobra opcja dla osób, które nie mają milionów pędzli do każdego cienia a nie chcą się wybrudzić różnymi kolorami cieni. Czyściłam nią pędzle z włosia naturalnego i syntetycznego i nie ma różnicy w poziomie oczyszczenia. Samą gąbkę natomiast najłatwiej umyć ciepłą wodą i mydłem.


Podsumowując, gąbeczka jest ciekawym gadżetem, zwłaszcza jeśli nie mamy wielu pędzli i musimy posłużyć się jednym/dwoma w swoim makijażu. Gąbeczka pozwala na szybkie oczyszczenie pędzli z sypkiego kosmetyku, możemy jej użyć do czyszczenia "całkowitego" albo do zebrania nadmiaru produktu z pędzla. U mnie gąbeczka sprawdza się bardzo dobrze i jestem z niej zadowolona, już ma swoje stałe miejsce na toaletce.

Link do gąbeczki: https://goo.gl/nry82A, cena ok. 5 zł, czas dostawy 4 tygodnie. 
Lubicie tego typu gadżety? Dajcie znać w komentarzu! :)

środa, 27 czerwca 2018

Maybelline Fit Me! - mat na wiele godzin? Moja opinia

Maybelline Fit Me! - mat na wiele godzin? Moja opinia
Jakiś czas temu miałam okazję do wzięcia udziału w testowaniu kosmetyków Maybelline Fit Me! na portalu Wizaz.pl. Było to moje pierwsze testowanie na tym portalu, do tej pory zgłosiłam się do wieeelu różnych testów, ale dopiero teraz się udało (więc warto próbować!).
w skład zestawu który dostałam wchodziły 3 produkty: puder w kamieniu, korektor rozświetlający pod oczy i podkład matujący.


Podkład Fit Me na początku wydawał się bardzo fajny - konsystencją przypomina podkład Affinitone, jest bardzo lekki. Krycie ma raczej niskie, ale ładnie wyrównuje koloryt i wtapia się w cerę. Dla kogoś kto nie ma wielkich problemów z niedoskonałościami będzie w sam raz. Matowi skórę i się nie świeci. Myślałam, że będzie idealny na lato, ale niestety się przeliczyłam. Zauważyłam, że gdy tylko temperatura przekracza 20 stopni podkład zupełnie przestaje się trzymać skóry. Myślałam że to wina kremu, ale z innym kremem jest ten sam problem. Podkład dosłownie pływa mi na skórze i po jednym dotknięciu zostaje w całości na palcu. O żadnych poprawkach nie ma mowy, podkład klei się do pędzla czy puszku z pudrem. To trochę dziwne bo na twarzy nie czuję, żeby ten podkład był jakiś klejący, nawet się zbytnio nie błyszczy - wygląda normalnie, dopiero po dotknięciu coś jest nie tak. Próbowałam go utrwalić fixerem albo bazą ale i tak słabo mi to szło. Efekt jest nieco lepszy kiedy nałożymy podkład za pomocą pędzla albo gąbeczki, ale i tak szału nie robi.  Może w chłodniejszym okresie będzie się lepiej spisywać.


Puder Fit Me, który dostałam, jest w kolorze 110 - niby jasnym, ale i tak za mocnym dla bladziocha. Kolor ten ma różowe odcienie, które są niestety trochę zbytnio widoczne, co nie do końca może wszystkim pasować. U mnie właśnie przez ten kolor średnio się sprawdził.
Plusem jest to, że puder faktycznie matuje i to na wiele godzin. Można go z powodzeniem używać bez podkładu, radzi sobie bardzo dobrze. Jak na puder prasowany ma dobre krycie, jeśli ktoś nie ma wielkich problemów skórnych powinien być z niego zadowolony. Opakowanie jest ładne, chociaż wydaje mi się że po pewnym czasie mogą się na nim wycierać napisy. Nie ma też w nim miejsca na gąbeczkę.


Korektor Fit Me jest moim zdecydowanym ulubieńcem z tej serii. Nie mam mu nic do zarzucenia, spisuje się jak należy. Używam go głównie pod oczy bo właśnie do tego najlepiej się nadaje. Ma wygodny aplikator który ułatwia nakładanie, ale można go też wklepać palcem albo gąbeczką (polecam jednak wklepywanie za pomocą palców, przy użyciu samego aplikatora korektor nie rozprowadza sie tak ładnie). Na skórze trzyma się dobrze, nie wyciera się ani nie schodzi. Nie zbiera się w załamaniach powiek ani nie podkreśla zmarszczek. Jego krycie wydaje się średnie, ale to tylko pozory - korektor doskonale maskuje cienie pod oczami. Dodatkowym plusem jest to, że zawiera błyszczące drobinki które rozświetlają skórę. Jestem z niego zadowolona i chętnie sięgnę po niego ponownie.


Produkty Fit Me! z całą pewnością matują skórę. Faktycznie, po ich użyciu skóra była gładka, pory mniej widoczne a błyszczenie nie występowało przez większość dnia. Krycie wszystkich trzech produktów oceniam jako średnie, więc jeśli ktoś nie ma dużych problemów z niedoskonałościami to powinien być z nich zadowolony. Kosmetyki nie tworzą efektu maski, więc będą dobre dla amatorów w dziedzinie makijażu. Najbardziej rozczarował mnie ten podkład, ale może jeszcze znajdę na niego jakiś sposób.

Znacie tą serię kosmetyków? Lubicie je? :)

Zapraszam na mój profil na Instagramie, jest już nas ponad 1600 osób :) KLIK


sobota, 23 czerwca 2018

Make Me Bio woda różana i lekki krem nawilżający SPF 25 - idealny duet na lato?

Make Me Bio woda różana i lekki krem nawilżający SPF 25 - idealny duet na lato?
Niedawno pokazywałam Wam na Instagramie dwie nowości w mojej letniej pielęgnacji: wodę różaną i lekki krem nawilżający Make Me Bio. Opisałam Wam krótko że kosmetyki sprawują się bardzo dobrze, więc dzisiaj chciałabym trochę rozwinąć swoją recenzję i powiedzieć dlaczego warto włączyć te produkty do swojej pielęgnacji oraz kto może ich używać. Zapraszam :)


Zacznę może od wody różanej, ponieważ miałam ją już kiedyś i zdążyłam bardzo dobrze poznać.
Woda  ma najbardziej naturalny skład jaki tylko może być - znajdziemy w niej tylko samą wodę różaną, nie ma innych dodatków. Warto na to zwrócić uwagę, ponieważ na rynku jest sporo "wód różanych", które nie mają z nimi tak na prawdę nic wspólnego. Woda z dodatkiem aromatu to nie woda różana ;) Prawdziwa woda różana  to produkt uboczny powstający przy produkcji olejku różanego. Jest bardzo popularna w krajach afrykańskich, chociaż i u nas robi się coraz popularniejsza. Woda różana ma właściwości przeciwbakteryjne, przeciwzapalne i łagodzące, działa też tonizująco.
Wody Make Me Bio używam nawet kilka razy dziennie. Ma wygodne, niewielkie opakowanie i bardzo fajny atomizer, który produkuje przyjemną mgiełkę. Można jej używać także na makijaż. Rano i wieczorem używam jej jako toniku, po etapie mycia twarzy (więcej na temat wieloetapowej pielęgnacji twarzy znajdziecie tutaj: WIELOETAPOWA PIELĘGNACJA TWARZY LATEM – AZJATYCKIE INSPIRACJE). Mgiełka ma charakterystyczny różany zapach, bardziej podobny do świeżych kwiatów dzikiej róży niż do sztucznego aromatu do którego przyzwyczaiły nas drogeryjne kosmetyki. Przez to na początku nie mogłam się do niej przekonać, zapach zupełnie mi nie pasował, ale z czasem go nawet polubiłam. Wodę różaną szczególnie polecam w lecie, przynosi duże ukojenie w ciągu gorącego dnia i wspomaga nawilżanie skóry. Nadaje się praktycznie dla każdej cery, jest bardzo uniwersalna.


Lekki krem nawilżający Make Me Bio to dla mnie zupełna nowość. Bardzo się z niego ucieszyłam, bo jest to krem z naturalnym składem i filtrem UV, niestety minusem jest to że firma wycofała się z jego produkcji... Krem cały czas możemy kupić w drogeriach internetowych, ale są to końcówki serii. Kto wie, może za jakiś czas firma zmieni opakowanie i wypuści go ponownie na rynek, w końcu krem zbierał dużo pozytywnych recenzji.
Skład kremu (INCI): Aqua (Woda), Aloe Barbadensis (Aloes) Leaf Juice*, Cetearyl Alcohol & Polysorbate 60, Palm Free Vegetable Glycerin (Roślinna Gliceryna - Bez Oleju Palmowego), Helianthus Annuus (Słonecznik) Seed Oil*, Olea Europaea (Oliwka) Oil*, Cocos Nucifera (Kokos) Oil*, Butyrospermum Parkii (Masło Shea) Butter*, Prunus Armeniaca (Morela) Kernel Oil*, Zinc Oxide, Silk Peptide Protein, Tocopherol (Witamina E), Avena Sativa (Owies), Xanthan Gum, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin *z upraw organicznych
Jak widać skład jest na prawdę przyzwoity. Na pierwszym miejscu mamy wodę i aloes, potem są naturalne olejki, tlenek cynku, witamina E i owies. Tlenek cynku jest fizycznym filtrem przeciwsłonecznym, na skórze tworzy "lustro", które odbija promieniowanie UVA i UVB. Tlenek cynku jest substancją bezpieczną, jednak w dużych stężeniach może bielić twarz. Na szczęście krem nie zostawia białej warstwy na skórze, nawet jeśli nałoży się go dużo.
Wbrew swojej nazwie, krem wcale nie jest lekki. Przez to że zawiera spore ilości olejków jest dosyć tłusty i jeśli ktoś ma tendencje do zapychania to może mu zaszkodzić. Ja zaczęłam używać go teraz, ale chyba poczekam z nim do zimy. Co prawda nie zapchał mnie, ale myślę że na tamtą porę roku będzie lepszy. Po co mi krem z filtrem w zimie? Dowiecie się z tego postu, zachęcam do lektury: WIELOETAPOWA PIELĘGNACJA TWARZY LATEM – AZJATYCKIE INSPIRACJE.

Znacie firmę Make Me Bio? Lubicie ich produkty? Dajcie znać w komentarzach :)


niedziela, 17 czerwca 2018

Wieloetapowa pielęgnacja twarzy latem – azjatyckie inspiracje

Wieloetapowa pielęgnacja twarzy latem – azjatyckie inspiracje
Jak wygląda Wasza pielęgnacja twarzy latem? Zmieniacie coś w sposobie pielęgnacji, czy może przez cały rok wiernie stosujecie ten sam krem i żel do twarzy?
Dzisiaj chciałabym Wam pokazać jak wygląda moja pielęgnacja twarzy. Z góry zaznaczam, że nie dla każdego może być ona dobra – wszystkie produkty dobrałam z myślą o mojej cerze i jej potrzebach, ale przecież każdy ma inną skórę. Mój sposób pielęgnacji jest mocno inspirowany koreańską metodą layeringu, jednak nie jest jego wierną kopią, nie używam też samych koreańskich kosmetyków (wręcz przeciwnie, większość to polskie produkty). Z postu dowiecie się też również dlaczego warto używać kremów z filtrem UV,  na jakie składniki kosmetyków trzeba zwrócić uwagę i czy picie wody poprawia wygląd skóry. Jesteście tego ciekawi? :)



  1. Na jakie składniki kosmetyków warto zwrócić uwagę? 
  2. Dlaczego warto stosować codziennie krem z filtrem UV?
  3. Czy picie wody poprawia wygląd skóry?
  4. Jak pielęgnować suchą skórę w lecie? Pielęgnacja poranna i wieczorna – mój przepis.


Na jakie składniki kosmetyków warto zwrócić uwagę? 

Na początku zacznę może od tego, że jestem posiadaczką suchej skóry. Czasami trochę się przetłuszcza w strefie T (w lecie intensywniej, bo jest gorąco), ale na ogół największym problemem jest dla mnie suchość. Mam też mocno rozszerzone pory, jest to najprawdopodobniej pamiątka po czasach, kiedy leczyłam trądzik. Swego czasu miałam też przebarwienia i blizny po trądziku, ale na szczęście z upływem lat jakoś poznikały.
W czasie upałów najbardziej zwracam więc uwagę na nawilżenie. Staram się dobierać produkty w taki sposób, aby jak najbardziej nawilżyć skórę, ale jednocześnie jej nie zapchać.

Moje ulubione składniki na lato to:

  • Aloes – działa nawilżająco, kojąco i chłodząco, ma również działanie antybakteryjne.
  • Kwas hialuronowy – intensywnie nawilża skórę, odpowiada za wiązanie wody
  • Ceramidy - są naturalny składnikiem warstwy lipidowej naskórka, nawilżają i wzmacniają skórę, opóźniają proces starzenia się skóry
  • Witamina C – rozjaśnia skórę, usuwa przebarwienia, pomaga walczyć z wolnymi rodnikami.
  • Woda kokosowa – podobnie jak aloes, ma działanie kojące, nawilżające i odświeżające
  • Woda różana - działa antyoksydacyjnie, nawilżająco i odżywczo na skórę, ma pH podobne do naturalnego pH skóry
Oczywiście ciekawych i godnych uwagi składników jest o wiele więcej, ale nie będę wymieniać wszystkich.


Produkty, których używam w ciepłe dni:

  • Serum z witaminą C – witamina C w formie serum szybko się wchłania i nie obciąża skóry. Stosuję je rano, pod krem z filtrem UV. Przykład: Ava, serum z witaminą C z aceroli.
  • Żel aloesowy i produkty zawierające aloes – o żelu przeczytacie więcej tutaj: ALOES - NAJBARDZIEJ UNIWERSALNY KOSMETYK?. Obecnie stosuje go głównie w celu złagodzenia podrażnień, jest też pomocny kiedy się spiekę na słońcu (a niestety, pomimo używania kremu z filtrem czasem mi się to zdarza). Przykład: Bielenda Hydra Care, mgiełka do twarzy kokos i aloesSkin79, żel aloesowy 99%.
  • Woda różana – odświeża i nawilża skórę, można ją stosować do spryskiwania twarzy w ciągu dnia (nawet na makijaż!). Przykład: Make Me Bio, woda różana.
  • Emulsja do twarzy – zastępuje krem, jest bardziej lekka przez co nie obciąża mojej skóry, szybko się wchłania i mocno nawilża. Przykład: Holika Holika, Skin and Good Cera, emulsja do cery wrażliwej.
  • Krem z filtrem UV – obowiązkowy element codziennej pielęgnacji! Więcej o kremie z filtrem przeczytacie w dalszej części. Przykład: Pharmaceris, hydrolipidowy krem do twarzy dla dorosłych, SPF 50 
  • Płyn micelarny – służy mi do przemywania twarzy rano, zastępuje tradycyjne mycie. Przykład: Vianek, nawilżający płyn micelarny do cery suchej
  • Pianka do mycia twarzy i olejek – w połączeniu z rękawicą Delete Makeup służą mi do wieczornego mycia twarzy (o rękawicy przeczytacie tutaj: DEMAKIJAŻ SAMĄ WODĄ? RĘKAWICA MYJĄCA DELETE MAKEUP ). Przykład: Biolove, olejek do demakijażu dla skóry suchej, Holika Holika, pianka do mycia twarzy z ekstraktem z cytryny

Dlaczego warto stosować codziennie krem z filtrem UV?

W każdym poradniku dotyczącym koreańskiej pielęgnacji znajdziecie obowiązkowy rozdział dotyczący kremów z filtrem. Koreańczycy mają na ich punkcie bzika, stosują je codziennie, o każdej porze roku, bez względu na to co robią w ciągu dnia. Na początku wydawało mi się to chore, po co smarować się kremem z filtrem w zimie, albo kiedy jestem 12h w pracy i nie mam kiedy wyjść na słońce? A wiecie, że ochrona UV to najlepszy sposób zapobiegania powstawaniu zmarszczek? Albo że w Korei mają bardzo mało przypadków zachorowania na nowotwory skóry? Ja nie wiedziałam :)

Od pewnego czasu zaczęłam stosować kremy z filtrem UV, przynajmniej na twarz i szyję. Zwykle szukam takiego, który jest przeznaczony do twarzy – one szybko się wchłaniają i nadają się pod makijaż. Obecnie używam kremu z Pharmaceris i jestem z niego zadowolona, jest to już moje kolejne opakowanie. Kremu nakładam dosyć dużo, ale dopiero wtedy on działa. Niestety tak jest ze wszystkimi kremami z filtrem, trzeba je nakładać bardzo grubą warstwą aby ochrona była pełna. Co więcej, jak nałożymy pół porcji kremu SPF 50, to nie otrzymamy ochrony na poziomie SPF 25, tylko o wiele niższą. Dlatego tym warto się rozejrzeć za kremem, który dobrze się wchłania. Po kremie z Pharmaceris moja skóra się nie błyszczy, co więcej, mogę na nią nałożyć podkład i puder. Fajną opcją są też kremy BB, które łączą w sobie właściwości podkładu i kremu oraz mają dodatkowo filtr UV. Fajnym kremem BB z filtrem jest krem Skin79 Hot Pink BB Cream

Ok, ale dlaczego warto stosować filtry o każdej porze roku, skoro w zimie mamy mało słońca? I po co nam kremy jak siedzimy w pomieszczeniu?

Na działanie promieni słonecznych jesteśmy narażeni przez cały rok, w zimie po prostu słońce świeci krócej. Co więcej, to właśnie twarz i dłonie są najbardziej narażone, w końcu mamy je odsłonięte przez cały czas. Nawet kiedy mamy na sobie gruby sweter, czapkę i szalik, to i tak twarz pozostaje narażona na działanie słońca. Ponadto skóra na twarzy jest bardzo cienka i delikatna. 

Stosowanie kremów w pomieszczeniach też ma swoje uzasadnienie. Praktycznie wszędzie są okna, więc i tak jesteśmy narażeni na słońce. Promieniowanie UVB (to, przez które się opalamy) co prawda nie przechodzi przez szyby, ale stanowi ono tylko ok. 5% promieniowania UV. 95% to promieniowanie UVA, nie powoduje ono opalania ale wnika w głębsze warstwy skóry i powoduje bezbolesne, ale głębokie zmiany (fotostarzenie!). Dlatego właśnie warto włączyć krem z filtrem do całorocznej, codziennej pielęgnacji. 



Czy picie wody poprawia wygląd skóry?

Kiedyś spotkałam się z ciekawą wypowiedzią na pewnym forum: "woda nie poprawia wyglądu skóry bo ja dużo piję i mam brzydką cerę".  Jest to oczywiście błędny wniosek i zaraz Wam wyjaśnię dlaczego. 
Cera odwodniona wygląda gorzej. Skóra jest mniej jędrna, bardziej szorstka, szara i pomarszczona. Jednak na wygląd skóry ma wpływ bardzo wiele czynników, więc nawet jak będziemy pić odpowiednią ilość wody to i tak możemy mieć z nią problemy. Nie wiadomo czy akurat w naszym przypadku picie wody coś zdziała, ale na pewno nie zaszkodzi, zwłaszcza że poza ładniejszą cerą możemy zyskać o wiele więcej korzyści dla naszego organizmu. 
W lecie warto mieć zawsze pod ręką butelkę wody i popijać ją w ciągu dnia. Dla mnie minimum to 1,5l w ciągu doby - to na prawdę da się wypić, trzeba się tylko stopniowo do tego przyzwyczaić. Herbata, kawa i napoje słodzone to nie woda, więc się nie liczą ;)  Za to do zwykłej wody możemy dodać dodatki smakowe, żeby ją nieco urozmaicić. Fajnie pasuje tu cytryna, ogórek, liście mięty, melon, maliny, truskawki albo inne owoce. 


Jak pielęgnować suchą skórę w lecie? Pielęgnacja poranna i wieczorna – mój przepis.


Tutaj dochodzimy do najważniejszej rzeczy, czyli jak w sumie dbać o tą skórę? Przypominam, że jest to mój sposób. Każda skóra jest inna i ma inne wymagania, więc warto obserwować swoją i sprawdzać co na nią najlepiej działa. 



1. Pielęgnacja poranna:

Dzień zaczynam od toniku, którym przemywam twarz. Obecnie używam toniku Vianek do cery suchej, o którym wcześniej wspominałam. Wcześniej myłam twarz tak samo jak wieczorem, czyli olejkiem i pianką, ale przeczytałam że może to dodatkowo przesuszać skórę. Zrezygnowałam więc z tej metody na jakiś czas i faktycznie zauważyłam poprawę. Po przemyciu twarzy używam mgiełki kokos i aloes Bielenda albo hydrolatu różanego Make Me Bio, aby dodatkowo odświeżyć skórę. Następnie nakładam serum z witaminą C od Ava i czekam aż się wchłonie (jakieś 30-60 sekund, szybko się wchłania). Ostatnim etapem jest nałożenie kremu z filtrem UV.

2. Pielęgnacja w ciągu dnia:

Mgiełka, mgiełka, mgiełka! Polecam stosowanie mgiełek odświeżających, można je śmiało stosować na makijaż, a faktycznie pomagają nawilżyć twarz, do tego przyjemnie orzeźwiają. Moje ulubione mgiełki to Bielenda kokos i aloes oraz woda różana Make Me Bio. Warto zabrać taką mgiełkę do torebki i odświeżyć się nią w ciągu dnia. Nie ma potrzeby nakładania dodatkowej porcji kremu UV w ciągu dnia, więc tego nie robię. 

3. Pielęgnacja wieczorna:

Wieczorna pielęgnacja jest u mnie bardziej rozbudowana. Zaczyna się oczywiście od usunięcia makijażu. Obecnie używam w tym celu rękawicy Delete Makeup, ale dobrze się sprawdzi także tradycyjny wacik nasączony płynem micelarnym, olejkiem, albo innym kosmetykiem do demakijażu. Po wytarciu makijażu stosuję podwójne mycie. Na początku używam olejku, w tej chwili jest to olej do demakijażu Biolove. Nie jest to olejek który emulguje po kontakcie z wodą (takim olejkiem jest np. różany olejek Bielenda z tego linku: RÓŻANY OLEJEK MYJĄCY BIELENDA). Przy myciu twarzy samym olejem należy uważać na to, by kosmetyk nas nie zapchał. Moja skóra na szczęście bardzo dobrze toleruje olej z Biolove, nawet lepiej niż poprzedni olejek różany z Bielendy, ale jeśli ktoś ma problemy z zapychaniem to polecam jednak olejek emulgujący. Po nałożeniu oleju na mokrą skórę twarzy trzymam go przez chwilę a następnie zmywam ściereczką (albo rękawicą Delete Makeup) zamoczoną w ciepłej wodzie. Po takim zabiegu moja skóra nie jest tłusta, tylko przyjemnie miękka w dotyku.
 Drugim etapem jest zastosowanie pianki myjącej, obecnie używam wcześniej wspomnianej pianki Holika Holika. Należy pamiętać, że taką piankę musimy odpowiednio spienić, nie możemy nakładać jej bezpośrednio na twarz. Używam metody podwójnego mycia (olejek + pianka) ponieważ różne zanieczyszczenia rozpuszczają się w różnych rzeczach, sam olejek i sama pianka nie zmyją wszystkiego.
Po myciu spryskuję twarz wodą różaną, następnie nakładam serum z kwasem hialuronowym Bielenda albo serum Babo (o serum Babo przeczytacie tutaj: PIELĘGNACJA PRZECIWZMARSZCZKOWA Z BABO - SERUM YOUR TIME KEEPER ). Później nakładam już tylko emulsję Holika Holika i tyle. Wbrew pozorom, cały rytuał zajmuje mi jakieś 5 minut :)

4. Dodatkowo:

Peeling: w lecie stosuję głównie peelingi enzymatyczne, mniej więcej 3-4x w tygodniu, zwykle wieczorem. Peelingi enzymatyczne są bardziej delikatne dla mojej cery i dodatkowo jej nie podrażniają. Jednym z fajniejszych peelingów jakie miałam jest peeling - jajko od Holika Holika, o którym przeczytacie tutaj: MAGICZNY PEELING W JAJKU HOLIKA HOLIKA

Maseczki: staram się je stosować 2x w tygodniu. Używam przeróżnych maseczek, głównie takich w płacie ale nie tylko. Przykładowe maseczki: MASECZKI W PŁACIE SEOUL BEAUTY MASK SKIN79



Trochę długo mi wyszło, ale mam nadzieję że dobrnęliście do końca i znajdziecie tu jakieś inspiracje. 
Jak wygląda Wasza codzienna pielęgnacja? Jest rozbudowana czy raczej minimalistyczna? Zwracacie uwagę na dobór kosmetyków, na ich skład? Dajcie znać w komentarzach :) 


Zapraszam Was na mój profil na Instagramie - jest już ponad 1600 obserwujących :) Dołącz do nas!

poniedziałek, 28 maja 2018

Demakijaż samą wodą? Rękawica myjąca Delete Makeup

Demakijaż samą wodą? Rękawica myjąca Delete Makeup
Hej :)

Od pewnego czasu testuję pewną nowość, która pojawiła się ostatnio na rynku. Mowa o rękawicy do usuwania makijażu Delete Makeup. Według producenta, rękawica usuwa cały makijaż (w tym wodoodporny tusz do rzęs!) za pomocą samej wody. Jeśli chcecie wiedzieć czy rękawica się sprawdziła, to zapraszam do lektury :)

 
Rękawiczka Delete Makeup  jest niewielka, w sam raz na kobiecą dłoń. Mam wersję standardową, ale z tego co wiem są jeszcze mniejsze rękawiczki, w wersji podróżnej. Nie wiem czy taka mniejsza nie byłaby za mała, jak dla mnie ta standardowa jest w sam raz. Z pewnością też zmieści się w każdym bagażu. Rękawiczki dostępne są w różnych kolorach, ja dostałam niebieską i różową - różowa została ze mną, a niebieska powędrowała do mamy. Wykonane są z poliestru, są bardzo miękkie i delikatne w dotyku.

 
Na początku byłam nastawiona mocno sceptycznie, zwłaszcza że już miałam ściereczkę do makijażu samą wodą i niestety nie spisała się dobrze. Tymczasem już po pierwszym użyciu zauważyłam, że rękawica Delete Makeup działa zgodnie z obietnicą producenta. Usunęła większość makijażu, zostawiając tylko odrobinę tuszu do rzęs. Za drugim użyciem bardziej skupiłam się na demakijażu oczu i okazało się, że nawet tusz do rzęs jest zmywalny. Po użyciu rękawicy skóra była gładka, nie była podrażniona ani zaczerwieniona. Sama rękawica ma mnóstwo delikatnych włókien, które nie podrażniają nawet delikatnej cery. Myślę, że z powodzeniem mogą ją używać osoby z cerą wrażliwą i skłonną do podrażnień.
Aby zmyć makijaż, musimy zmoczyć rękawicę gorącą wodą (oczywiście nie tak gorącą, aby nas poparzyła - wystarczy zwykła ciepła woda z kranu!).  Następnie po prostu wycieramy twarz rękawiczką. Nie trzeba nic dociskać ani mocno pocierać, już po kilku chwilach skóra robi się czysta, a makijaż zostaje na rękawicy. Taki demakijaż jest dodatkowo korzystny dla skóry, ponieważ pobudza krążenie i delikatnie ją masuje. Jak już mówiłam wcześniej, rękawica nie podrażnia :)

 
Na zdjęciach widzicie rękawice Delete Makeup po demakijażu, jak widać jest mocno zabrudzona. Na szczęście nie ma się czym przejmować, bo rękawica z łatwością się czyści. Można ją prać w pralce, ale ja po prostu po każdym użyciu piorę ją ręcznie, z użyciem zwykłego mydła. Nie jest to kłopotliwe, bo resztki kosmetyków z łatwością z niej schodzą.
 
 
Rękawica Delete Makeup na dobre zagościła w mojej codziennej pielęgnacji, ale nie wykluczyłam innych kosmetyków myjących. Sama rękawica zmywa makijaż, jednak ponieważ stosuję wieloetapową pielęgnację, nadal używam pianki myjącej i olejku. Co więcej, używam też rękawicy do zmywania olejku z twarzy (metoda OCM) - po namoczeniu rękawicy gorącą wodą świetnie zmywa olejek i oczywiście ewentualne resztki makijażu. Wydaje mi się, że mycie twarzy samą tylko rękawicą może nie być wystarczające, ale zaznaczam że jestem bardzo wymagająca w tym temacie.
Podsumowując, myślę że rękawica Delete Makeup to bardzo fajny gadżet, który warto mieć przy sobie. Makijaż zmywa bardzo dokładnie i delikatnie, a do tego pozwala zaoszczędzić na wacikach i produktach do demakijażu :)
Znacie rękawice Delete Makeup? Może znacie inne tego typu produkty? :)

czwartek, 17 maja 2018

Biovax, regenerująca maska do włosów aktywny węgiel i acai amazońskie

Biovax, regenerująca maska do włosów aktywny węgiel i acai amazońskie
Cześć :)

Zapewne większość z Was słyszała o maseczkach Biovax, ale czy widzieliście już nową wersję z aktywnym węglem i jagodami acai? Ja mam ją od niedawna ale już zdążyłam ją polubić. Ma fajne działanie i jest bardzo... inspirująca, na końcu dowiecie się dlaczego :D Zapraszam do lektury!


Na początku wspomnę może o tym, że nowa seria kosmetyków Biovax dostępna jest tylko w drogeriach Rossmann. W jej skład wchodzą maska, szampon oraz peeling trychologiczny (o peelingu trychologicznym Biovax możecie przeczytać tutaj: Peeling do włosów? L'biotica Biovax trychologiczny peeling czystek i czarnuszka). Seria przeznaczona jest do włosów słabych, matowych, z tendencją do obciążania i braku objętości. Składniki aktywne zawarte w produktach to aktywny węgiel (wchłania zanieczyszczenia i łagodzi skórę głowy), olej monoi (dodaje blasku i miękkości) i acai amazońskie (silny antyoksydant, poprawia mikrokrążenie, łagodzi i regeneruje).


Ze względu na zawartość węgla miałam obawy, że maska będzie czarna, na szczęście okazała się szara. Ma przyjemną, kremową konsystencję i bardzo ładny zapach. Opakowanie to plastikowe pudełeczko z dokładnym zamknięciem, czyli typowe dla masek Biovax. Dodatkowo do maski dołączony jest foliowy czepek, który pomaga utrzymać ciepło i chroni przed zabrudzeniami.

Maseczka działa dokładnie tak, jak obiecywał to producent. Rzeczywiście wygładza włosy, sprawia że są mniej napuszone. Myślę więc że posiadaczki włosów trudnych w ułożeniu i rozczesaniu będą z niej zadowolone. Dodatkowo maseczka nabłyszcza włosy, co jest oczywiście jej wielkim plusem. Mam też wrażenie, że po użyciu maski moje włosy są dłużej świeże i czyste. No i na pewno przepięknie pachną <3


Zainspirowana konkursem firmy Biovax na najładniejsze zdjęcie zachęcające do używania kosmetyków z tej serii po raz pierwszy wybrałam się na plenerową "sesję zdjęciową" :D Nigdy dotąd nie robiłam sobie takich zdjęć i nawet nie podejrzewałam że będzie to taka dobra zabawa. Było trochę ciężko, bo nie jestem żadną modelką i nie umiałam się ustawić do zdjęć, ale i tak jestem bardzo zadowolona. Efekty możecie zobaczyć poniżej:



Znacie już ten produkt? Lubicie maski Biovax? Może macie inne ulubione maseczki do włosów? :)

sobota, 12 maja 2018

pielęgnacja przeciwzmarszczkowa z Babo - serum Your Time Keeper

pielęgnacja przeciwzmarszczkowa z Babo - serum Your Time Keeper
Cześć :)

Jak już kiedyś wspominałam, bardzo lubię kosmetyki w formie serum. Ostatnio wypróbowałam ich kilka, ale jedno szczególnie przykuło moją uwagę. Jest nim naturalne serum do twarzy Your Time Keeper firmy Babo. Znacie tą markę? Może słyszeliście o takim produkcie? :)


O marce:

Marka Babo jest naturalną marką kosmetyczną, która nie dobiera pielęgnacji ze względu na wiek, lecz zwraca uwagę na konkretne potrzeby i problemy skóry.
Pierwszą linią kosmetyczną, w skład której wchodzą krem i serum jest linia Your time keeper (uwaga - na ostatnich targach Eko Cuda firma zaprezentowała jeszcze jeden produkt z tej serii  - tonik przeciwzmarszczkowy). Linia ta działa przeciwzmarszczkowo, nawilżająco, wygładzająco. Głównymi składnikami linii są beta-glukan z drożdży oraz betaina z buraka cukrowego. Substancje te działają stymulująco i silnie nawilżająco, dzięki czemu produkty świetnie nadają się dla osób ze skórą dojrzałą, oraz dla tych, którzy chcą spowolnić proces pojawiania się zmarszczek.

Co prawda marka ma w swoim asortymencie dopiero 3 produkty, ale myślę, że i tak warto się jej przyjrzeć. To co najbardziej mi się spodobało to misja firmy. Sama dobierając pielęgnację nie wybieram produktów kierując się jedynie swoim wiekiem, bo to wielki błąd. Każda skóra jest inna i każda wymaga innego podejścia, dlatego nie warto przejmować się tym, że jakiś krem jest "30+" a my mamy dopiero 20 lat... jeśli kosmetyk nam pasuje, to co z tego ;)
Mam dopiero 22 lata, mogłabym więc powiedzieć że coś przeciwzmarszczkowego jest nie dla mnie, ale jak się nad tym głębiej zastanowiłam to dlaczego nie? Jak podkreśla Babo, produkty są przeciwzmarszczkowe, czyli zapobiegają powstawaniu zmarszczek. Myślę więc, że mogą (i nawet powinny!)  ich używać nawet osoby w młodym wieku, zwłaszcza że produkty zawierają bardzo dużo pożytecznych składników. Nawet najlepszy krem nie usunie nam istniejących zmarszczek, więc lepiej zapobiegać :)

Więcej informacji o marce: http://www.babo.com.pl/
Instagram: https://www.instagram.com/babokosmetyki/



Co wchodzi w skład serum Your Time Keeper?

Betaina z buraka cukrowego – silnie nawilża i chroni błony komórkowe,
beta-glukan z drożdży – stymuluje układ odpornościowy skóry, zmniejsza podrażnienia,
pantenol – utrzymuje prawidłowe nawilżenie,
ekstrakt z miłorzębu japońskiego – poprawia jędrność i elastyczność skóry, wzmacnia naczynia krwionośne,
sok z liści aloesu – nawilża, chroni i koi skórę,
kwas hialuronowy – utrzymuje nawilżenie skóry,
ekstrakt ze śluzu ślimaka – nawilża i regeneruje,
aminokwasy – stymulują produkcję kolagenu i elastyny,
alantoina – łagodzi, nawilża, stymuluje odnowę komórek naskórka.

skład: aqua, betaine, glycerin, panthenol, ginkgo biloba leaf extract, aloe barbadensis leaf extract, benzyl alcohol (and) salicylic acid (and) glycerin (and) sorbic acid, hyaluronic acid, triethanolamine, beta-glucan, allantoin, snail secretion filtrate, acrylates/c10-30 alkyl acrylate crosspolymer, sodium pca, sodium lactate, arginine, aspartic acid, pca, glycine, alanine, serine, valine, proline, threonine, isoleucine, histidine, phenylalanine.

Jak widać skład jest bardzo konkretny, nie ma w nim żadnych zbędnych rzeczy. Serum zawiera mnóstwo składników aktywnych, które nie tylko działają przeciwzmarszczkowo ale też nawilżają, łagodzą i regenerują skórę.


Moja opinia o produkcie:

Serum doszło do mnie od producenta błyskawicznie, praktycznie na drugi dzień. Paczka była bardzo porządnie zapakowana - spory kartonik, w środku tona foli bąbelkowej, ulotka i opaska odblaskowa (super gadżet!). Serum ma szklaną fiolkę więc takie pakowanie jest jak najbardziej zasadne.
Opakowanie jest duże, zawiera 50 ml produktu. Ma wygodną pipetę za pomocą której nakładamy kosmetyk, jest to bardzo higieniczne bo nie wsadzamy palców do środka. Buteleczka jest ładna i elegancka.
Serum jest gęste, ma żelową konsystencję. Podoba mi się to że nie jest lejące, nie ma żadnego problemu przy nakładaniu. Na całą twarz i szyję nakładam jedną pipetkę kosmetyku (albo nawet mniej), wszystko rozsmarowuję i wklepuję palcami. Serum wchłania się dosyć szybko, już po chwili nie ma po nim prawie śladu. Stosuję je wieczorem, bo idealnie pasuje do mojej etapowej pielęgnacji. Najpierw oczyszczam twarz, potem tonizuję, nakładam serum, krem i olejek.


Kiedy zaczęłam testować serum Babo liczyłam się z tym, że na efekty będę prawdopodobnie musiała dłużej poczekać, tymczasem od razu zauważyłam że coś się dzieje. Przede wszystkim zauważalny jest efekt nawilżenia - skóra zrobiła się bardziej miękka i gładka. Cera wygląda przez to promiennie, jest pełna blasku. Trudno mi ocenić działanie przeciwzmarszczkowe kosmetyku, bo w zasadzie jak miałabym to zrobić? Jeszcze nie mam zmarszczek ;) Mam nadzieję że za kilka, kilkanaście albo nawet kilkadziesiąt lat moja skóra podziękuje mi za pielęgnacje i wtedy dopiero będę mogła sprawdzić czy serum zmniejszyło powstawanie zmarszczek. Jak na razie będę je używać, nie tylko przez chęć zapobiegania zmarszczkom ale głównie przez wspaniałe właściwości nawilżające i regeneracyjne.

Serum można obecnie kupić na stronie internetowej Babo oraz w drogerii Ekobieca, jego koszt to 139 zł. Wydaje się że to sporo ale kosmetyk jest bardzo wydajny (po miesiącu codziennego używania widzę minimalny ubytek), ma też świetne działanie i porządny skład. Moim zdaniem jest w 100% wart swojej ceny :)

Stosujecie serum do twarzy? Znacie już tą firmę? Jak Wam się podoba ten produkt? Dajcie znać w komentarzach :) 

Zapraszam na moje konto na IG, jest już nas ponad 1500 osób:https://www.instagram.com/jednafiga_blog/

czwartek, 10 maja 2018

Denko: kwiecień 2018

Denko: kwiecień 2018
Cześć!

Jak Wam minęła majówka? Moja niestety pod znakiem pracy, ale pocieszam się tym że już niedługo wakacje :) Planujecie jakiś ciekawy wyjazd?
Zrobiłam dla Was małe podsumowanie kwietniowego zużycia. Wyszło tego całkiem sporo, chociaż to i tak nie jest rekordowe denko (zobacz: Największe denko jakie widziałaś! ). Najwięcej jest chyba maseczek, ale i kolorówki jest sporo (jak na mnie :D).  Cieszy mnie też to, że wśród produktów nie ma żadnego kompletnego bubla, z większości rzeczy byłam bardzo zadowolona.


1. Żele pod prysznic: Balea Viva Kuba, Balea Born To Be Lazy, Isana Sugar Plum.
Z Balea jestem jak zwykle zadowolona. Viva Kuba pachniał bardzo ładnie, świeżo i wakacyjnie - czułam się jak na wakacjach nad morzem. Born To Be Lazy to zapach słodki, lekko mdły, faktycznie kojarzy mi się z leniwcem. Isana Sugar Plum pojawia się na blogu już po raz kolejny, możecie o nim przeczytać tutaj: TOP 5 kosmetyków: październik . Jest to jeden z moich ulubionych żeli, wielka szkoda że była to edycja limitowana.
2.  Kosmetyki do ciała: żel do golenia Cien i peeling Biolove. Żel kupiłam rok temu w Lidlu, czekał sobie na swoją kolej i w końcu się doczekał. Miał fajny, arbuzowy zapach, przyjemnie się go używało. Nie powodował podrażnień, ułatwiał golenie i z tego co pamiętam był niedrogi. Peeling Biolove był w wersji kokosowej, miał cudowny zapach. Byłam z niego średnio zadowolona - niby odżywiał ciało dzięki zawartości olejków, ale słabo peelingował. W dodatku wiórki kokosowe zapychały mi wannę.


2. Maseczki: Bielenda, Lirene, Nature Republic.
Jak widać kwiecień zleciał mi pod znakiem maseczek z Bielendy, wypróbowałam ich bardzo dużo. O maseczkach z serii Bielenda Crazy Mask możecie przeczytać tutaj: Koreańska pielęgnacja w stylu Bielendy - Bielenda Crazy Mask . Pozostałe maski z Bielendy które wypróbowałam to maseczka peel off Kokos&Aloes, Zielona Herbata i Biały Węgiel. Do tej pory przetestowałam kilka masek peel off ale te były zdecydowanie jednymi z fajniejszych. Nawilżały i odżywiały twarz, a do tego schodziły w jednym kawałku. Nie spodobała mi się wysoka zawartość alkoholu, ale na szczęście w miarę szybko parował i nie podrażnił skóry.
Maseczka Lirene byłam na prawdę oczarowana. Pierwszy raz testowałam maskę tego typu i byłam mile zaskoczona. Jest to maska peel off, ale w formie proszku, musimy ją rozmieszać z wodą. Po aplikacji maska odeszła w jednym (grubym) kawałku i zostawiła pięknie nawilżoną i odżywioną skórę. Pełną recenzję znajdziecie tutaj: Maska Peel Off Lirene
Ciekawą rzeczą była maseczka żelowa z ekstraktem z aloesu firmy Nature Republic. Do tej pory miałam kilka masek żelowych i były takie sobie, jednak ta na szczęście miło się wyróżniła. To była pierwsza tego typu maska która rzeczywiście u mnie zadziałała. Dogłębnie nawilżyła i odświeżyła moją skórę, efekt był od razu widoczny.
Ostatnią zużytą maską była również maska Nature Republic, z ekstraktem z oliwki. Maseczka miała przyjemny zapach i dobre działanie, ale pozostawiła na skórze klejącą się warstwę, co już nie było takie miłe.


3.  Kosmetyki do kąpieli: sól Aveo i płyn Dresdner Essenz. Sól Aveo miałam już po raz kolejny, bardzo lubię produkty do kąpieli tej firmy. Ta była w wersji cytrusowej, miała przyjemny, orzeźwiający zapach i żółty kolor. Płyn Dresdner Essenz wyglądał dość ciekawie,
bo był czarny. Pachniał ładnie, ale trochę słabo, do tego nie pienił się.
 

4. Kolorówka: krem BB Hot Pink Skin79, tusz do rzęs So Couture L'oreal i korektor Catrice Camouflage. O kremie BB możecie przeczytać tutaj: Skin79 Hot Pink BB Cream - polecam zajrzeć, bo krem jest wart uwagi :) Tusz do rzęs jest moim wielkim ulubieńcem, używam go od kilku lat i jak dotąd nie znalazłam nic lepszego. Żeby nie było że nie szukałam - wypróbowałam kilka tuszy (ostatnio był to słynny "żółty" tusz z Lovely i tusz Twist Up z Bourjois)  ale żaden mnie nie zadowolił. L'oreal So Couture precyzyjnie rozdziela, pogrubia i wydłuża rzęsy. Efekt jest bardzo naturalny. Na pewno wrócę do tego tuszu!
Kamuflaż z Catrice towarzyszył mi od dawna, miałam go jeszcze na swojej studniówce... a teraz kończę studia ;) Korektor jest niesamowicie mocny, kryje dosłownie wszystko. Przy tym nie załamuje się w zagięciach powiek ani nie rozmazuje, nie wyciera się, nie ciemnieje... ideał :)

  
5. Pozostałe produkty: woda różana Bielenda, szampon Batiste  neon i próbki. O próbkach nie będę się zbytnio rozpisywać, bo uważam że jedno użycie to za mało żeby wyrobić sobie jakieś konkretne zdanie na temat produktu.
Woda różana miała fajne działanie tonizujące. Stosowałam ją po wieczornym myciu twarzy i rano pod makijaż. Odświeżała skórę i pomagała pozbyć się uczucia ściągnięcia. Na pewno kupię ją ponownie.
Szampon Batiste miał zapach grejpfruta, całkiem przyjemny chociaż nie jakiś super. Szampon miał działanie takie samo jak i inne Batiste - odświeżał fryzurę, dodawał objętości, nadawał włosom delikatny zapach. Polecam go na wakacje, jak wiadomo włosy szybciej się wtedy przetłuszczają, a dzięki suchemu szamponowi nie trzeba ich codziennie myć :)

Znacie któryś z tych produktów? Który Wam się najbardziej podoba? :)

Zapraszam: Jednafiga na Instagramie

Błyszczące maseczki Selfie Project Peel-off Shine Like - hit czy kit? Recenzja GalaxyMask

Cześć! Niedawno pojawiły się w sprzedaży nowe maseczki Selfie Project z serii Shine Like. Maseczki od razu zrobiły furorę i patrząc na o...

Obsługiwane przez usługę Blogger.
Copyright © 2016 Jednafiga Blog , Blogger