środa, 31 stycznia 2018

Aloes - najbardziej uniwersalny kosmetyk?

Aloes - najbardziej uniwersalny kosmetyk?
Witajcie :)

Dzisiaj chciałabym opowiedzieć Wam o jednym z bardziej uniwersalnych kosmetyków, jakim jest żel aloesowy. Aloes ma właściwości nawilżające, łagodzące, przeciwzapalne, regeneracyjne i odżywcze. Żel możemy stosować do pielęgnacji twarzy, ciała i włosów. Od pewnego czasu trwa na niego wielka moda, co można zauważyć patrząc na półki w drogeriach - praktycznie wszędzie znajdziemy charakterystyczną buteleczkę Holika Holika. Skin79 też jest coraz lepiej dostępny, od niedawna kupimy go w Rossmannie (był nawet w promocji -50%!). Zwracam uwagę na te dwie marki nie bez powodu - ich żele aloesowe mają aż 99% aloesu, nie znalazłam innych żeli z jego tak wysoką zawartością.


Oczywiście oba żele - Skin79 i Holika Holika - już dawno temu przetestowałam. Oba produkty zawierają 99% aloesu, mają taką samą konsystencję i zapach. Działanie również oceniam tak samo, nie widzę w tej kwestii żadnych różnic. Natomiast odczuwam wyraźną różnicę jeśli chodzi o opakowanie. Holika Holika wygląda jak liść aloesu - na pewno widzieliście tą buteleczkę w drogeriach, nie sposób jej nie zauważyć. Jednak moim zdaniem jest ona mało praktyczna. Ciężko wycisnąć z niej malutką ilość żelu, za to po pewnym czasie opakowanie pęka. Miałam trzy butelki, z czego dwie się połamały, jedna o dziwo jeszcze się trzyma. Natomiast żel Skin79 zamknięty jest w praktycznym pudełeczku, możemy go nakładać dokładnie tyle ile chcemy, nie ma problemu z wydostaniem resztek produktu z opakowania. Po wypróbowaniu obu produktów postanowiłam przerzucić się całkowicie na firmę Skin79, właśnie ze względu na opakowanie.



Jak widać na poniższym zdjęciu, żel aloesowy ma konsystencję takiej delikatnej galaretki. Ma przyjemny, delikatny zapach, nie ma koloru. W kontakcie ze skórą wchłania się błyskawicznie, już po kilku chwilach go nie ma, nie zostawia lepkiej warstwy.



Jak możemy stosować żel aloesowy?

W internecie znajdziemy mnóstwo porad do czego można wykorzystać taki żel. Sama stosuję go na kilka sposobów:
  • jako żel po goleniu - moja skóra jest niestety bardzo wrażliwa, golenie i depilacja to dla niej duży problem. Żel niweluje zaczerwienienia i podrażnienia, przyspiesza też gojenie się krostek. Można go nałożyć tuż po goleniu, nie wywołuje pieczenia.
  • jako dodatek do maseczek z glinki - jak wiadomo maseczkę trzeba z czymś rozmieszać, czasem dodaję więc do niej odrobinę żelu. 
  •  jako dodatek do peelingu - znacie korund kosmetyczny? Jest to minerał wykorzystywany m.in. w gabinetach kosmetycznych przy mikrodermabrazji. Korundu możemy używać również w domu, ma świetne właściwości peelingujące. Wystarczy wymieszać go z żelem i przeprowadzić peeling, skóra jest po nim gładka i delikatna w dotyku.
  • jako krem po opalaniu - dopadło Was kiedyś poparzenie słoneczne? Mnie niestety tak. Żel aloesowy bardzo mi wtedy pomógł, łagodził ból i podrażnienia, przyspieszył gojenie i regenerację skóry. Od tamtej pory zawsze zabieram go ze sobą na wakacyjny wyjazd.
  • jako krem pod oczy - odkąd zaczęłam pracować przed komputerem mam częste problemy z oczami. Są podrażnione, pieką, w dodatku często mam opuchliznę pod oczami. Wieczorem nakładam grubą warstwę żelu na powieki i pod nie, pomaga mi to w niwelowaniu opuchlizny. Efekt jest mocno odczuwalny.
  • jako maskę do skóry głowy - skóra głowy jest niestety często pomijana w pielęgnacji, a przecież ona również jej wymaga. Żel nakładam grubą warstwą przed myciem włosów, czekam aż się wchłonie i zmywam całość. Dzięki temu skóra nie jest przesuszona, nie produkuje nadmiaru sebum = włosy są dłużej świeże i czyste.
  • jako podkład pod olejek do twarzy - w ten sposób używam go zdecydowanie najrzadziej, głównie dlatego że rzadko kiedy używam olejków (ale chyba czas to zmienić).
  • tak po prostu - czasem nakładam go tak po prostu, bez żadnej przyczyny. Głównie na skórę twarzy, aby ją nawilżyć, ale też zdarza mi się nakładać żel na dłonie, szyje, czy też całe ciało.
 Podsumowując, żel aloesowy jest kosmetykiem który warto mieć w swojej kosmetyczce. Możemy go wykorzystać na wiele różnych sposobów, na pewno się nie zmarnuje. Ja póki co zrobiłam sobie zapasy, ale na pewno kupię go ponownie, chyba nigdy nie miałam jeszcze tak uniwersalnego kosmetyku.
Znacie ten żel? Lubicie? Może macie dla niego jakieś ciekawe zastosowanie? Czekam na Wasze opinie :)

czwartek, 25 stycznia 2018

kokosowa pielęgnacja włosów z Organix

kokosowa pielęgnacja włosów z Organix
Witajcie :)
 
Od pewnego czasu testuję dwie nowości do włosów. Są to szampon  Coconut Water i odżywka Nourishing Coconut Milk marki Organix. W obu produktach dominuje kokos, zarówno w składzie jak i w zapachu. Jak wiadomo kokos ma silne właściwości odżywcze i nawilżające, teoretycznie więc powinien dobrze działać na włosy. Jak się sprawdził w rzeczywistości?  
 
 
Oba kosmetyki wypróbowałam już razem i solo. Najlepiej radzą sobie w duecie, jednak coś w tym jest że najlepiej używać szamponu i odżywki z tej samej firmy.  Osobno oczywiście też dają radę, ale efekt nie jest tak dobry.
Na początku chciałam wypróbować szampon z mlekiem kokosowym, jednak był on już niedostępny w sklepie. Zamiast niego kupiłam wersję z wodą kokosową. Szampon zamknięty jest w estetycznym opakowaniu. Jest bardzo gęsty i trochę galaretowaty, przez co ciężko się go nakłada. Najlepiej rozmieszać go z wodą, to nieco poprawia sytuację, ale nie ma co się oszukiwać - miałam już mnóstwo łatwiejszych do nałożenia szamponów. Szampon nie tworzy zbyt dużej piany, na głowie również pozostaje gęsty, ciężko się z nim pracuje. Ma za to orzeźwiający i realistyczny zapach wody kokosowej, jeśli ktoś lubi takie aromaty to na pewno będzie zadowolony.
Działanie szamponu rekompensuje jego ciężkie nakładanie. Kosmetyk doskonale oczyszcza włosy, a dodatkowo nie powoduje ich przetłuszczania ani obciążania. Będzie odpowiedni dla włosów cienkich i osłabionych - już dawno nie miałam tak lekkiego szamponu, zero obciążenia.
 

Odżywkę chciałam wypróbować już od dawna, ale jakoś się do tego nie mogłam zabrać. A szkoda, bo jest świetna i już widzę poprawę moich włosów. Podobnie jak w przypadku szamponu, odżywka też ma zapach kokosa. Nie ma za to dziwnej konsystencji tylko taką kremową, jak większość tego typu produktów.
Skład jest bogaty, znajdziemy w nim wiele dobrych rzeczy, takich jak mleczko kokosowe, olejek jojoba, białka jaja kurzego, olej kokosowy i witaminę E. Wszystkie te substancje wpływają dobroczynnie na nasze włosy.
Po dłuższym używaniu odżywki zauważyłam, że włosy przede wszystkim łatwiej się rozczesują. Są gładkie i jedwabiste, w dodatku mają piękny połysk. Odżywka jest bardzo wydajna, ubywa jej wolniej niż szamponu (a stosuję ją za każdym razem co szampon, mniej więcej w takiej samej ilości). Z tego produktu jestem znacznie bardziej zadowolona.
 
 
Największą wadą wszystkich produktów Organix jest niestety cena. Co prawda opakowania są duże, ale produkty kosztują ok. 30 zł. Raczej nie kupię ponownie szamponu (głównie przez jego złe nakładanie), ale myślę że na odżywkę można się skusić. Przy jakiejś okazji zaopatrzę się też w serum kokosowe z OGX, bardzo mnie ono ciekawi.
 
Znacie kosmetyki tej firmy? Co o nich sądzicie?
 
Jeśli spodobał Ci się post daj mi o tym znać w komentarzu, na pewno zajrzę też do Ciebie :) 

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Magiczny peeling w jajku Holika Holika

Magiczny peeling w jajku Holika Holika
Cześć :)

Dzisiaj chciałabym Wam pokazać kolejny azjatycki produkt który miałam okazję przetesotwać. Wcześniej mogliście już przeczytać moją pozytywną recenzję peelingu enzymatycznego Tony Moly Appletox, dzisiaj przyszła pora na kosmetyk, który pobił jabłuszko w walce o najlepszy kosmetyk do twarzy. Mowa o peelingu Holika Holika Smooth Egg. Jeśli jesteście ciekawi w czym jajko od Holika Holika okazało się lepsze i dlaczego jest tak wyjątkowe to zapraszam do lektury. 

Jajko ma ciekawe opakowanie, podobnie jak wiele innych koreańskich kosmetyków. Jest dosyć spore, spodziewałam się czegoś mniejszego. Górna część zdejmuje się dosyć łatwo, pod spodem ukryte jest drugie zamknięcie, które bezpośrednio przykrywa kosmetyk. Dół jajka jest za to miękki, jakby silikonowy. Nie ma żadnego problemu z otwieraniem ani z wyciskaniem produktu.
W składzie produktu znajdziemy substancje takie jak sproszkowaną skorupkę z jajek, ekstrakt z jajek, ekstrakt z soku z czarnej borówki, ekstrakt z cytrusów, cukier klonowy czy cukier trzcinowy. Peeling nastawiony jest głównie na oczyszczanie i rozjaśnianie skóry.
Kosmetyk ma formę delikatnego, lekko białego żelu. Jest to peeling enzymatyczny, więc nie znajdziemy w nim ścierających drobinek. Ma delikatny, neutralny zapach. Nanosimy go na oczyszczoną skórę twarzy, czekamy chwilę po czym zaczynamy masować twarz. I tutaj zaczyna się coś bardzo ciekawego - na skórze zaczynają się tworzyć wałeczki, zupełnie tak jakby rolował się martwy naskórek. Na początku nie chciałam uwierzyć że to naskórek, tyle tego było (a peelingi robię kilka razy w tygodniu, czasami codziennie). Potem zrobiłam szybki test - użyłam peelingu trzy razy pod rząd, przy trzecim użyciu nie było śladu po wałeczkach. Na stronie producenta przeczytałam, że dziwne paprochy to zrolowany naskórek i różne zanieczyszczenia. Muszę przyznać, że wypróbowałam już wiele peelingów, ale tylko ten działa tak widowiskowo. Oczywiście efekty widziałam też po innych produktach, ale w przypadku jajka możemy gołym okiem zauważyć jego pracę. Po użyciu skóra jest gładka i bardzo dobrze oczyszczona. Widzę też pozytywne rezultaty długoterminowego używania - mam mnie zapchanych porów i wyprysków.

Podsumowując, jestem zadowolona z peelingu. Ma dobre działanie, jest wydajny, a dodatkowo ma też fajne opakowanie. Polecam go każdemu, kto lubi dbać o swoją skórę :)
Znacie ten peeling? Może znacie inne produkty Holika Holika? Dajcie znać w komentarzu :)



poniedziałek, 15 stycznia 2018

Rossmann: 2+2 na kosmetyki naturalne i żywność ekologiczną

Rossmann: 2+2 na kosmetyki naturalne i żywność ekologiczną
Witajcie :)
 
Zapewne większość z Was już słyszała o najnowszej promocji. Rossmann znowu szaleje, tym razem w dziale z kosmetykami naturalnymi i zdrową żywnością. O ile co do niektórych kosmetyków mogę mieć wątpliwości czy aby na pewno podchodzą pod naturalne, o tyle w promocji udało mi się kupić sporo ciekawych produktów spożywczych. Jeśli jesteście ciekawi co takiego kupiłam, to zapraszam do lektury :)
 
 
Pierwszą rzeczą która powędrowała do koszyka była paczka suszonych owoców pitaja, marki Leo Dried Fruits. Chciałam je wypróbować odkąd pojawiły się w asortymencie, jednak cena nieco mnie odstraszała (7,99 zł/50g). Teraz do kompletu wzięłam też paczkę owoców jackfruit i tutaj spotkało mnie małe rozczarowanie - o ile pitaja nie ma w sobie dodatku cukru, o tyle jackfruit już ma, niewiele ale jednak. Oczywiście nie będę popadać w paranoje, to tylko odrobina cukru, jednak z tego co pamiętam wcześniej nie było go w składzie. Póki co spróbowałam pitaję i muszę przyznać, że ma bardzo ciekawy smak, lekko słodki i sezamowy. Jest dobra zarówno solo jak i z jakimś jogurtem (w sumie to zjadłam ją tak jak czipsy). Poszczególne plasterki są od siebie oddzielone folią, dzięki czemu owoce nie są posklejane. Raczej nie zagości na stałe w moim menu, ale od czasu do czasu chętnie ją kupię.



Kolejne produkty to batony Be Raw, Purella Food. Nie jestem fanką Ewy Chodakowskiej, ale muszę przyznać że batony są całkiem udane. Mają świetne składy, nie znajdziemy w nich żadnych zbędnych dodatków, są też bez dodatku cukru. Wartość energetyczna jednego batona to ok. 130-150 kcal, czyli jest to niewielka przekąska. Batony są bardzo smaczne, mimo tego że nie dodano do nich cukru są słodkie. Znajdziemy też w nich interesujące składniki, takie jak suszony burak, nasiona chia, chlorella, czy inne super foods. Myślę że jest to coś w sam raz dla fanów zdrowego odżywiania.
Oprócz batonów Be Raw wzięłam też baton Dobra Kaloria, baton Go On (proteinowy) oraz czipsy bananowe (banany, cukier trzcinowy i olej kokosowy - trochę dużo kalorii, ale bardzo smaczne :) ).
W Rossmannie można znaleźć coraz więcej ciekawych produktów spożywczych. Jeśli zależy nam na produktach z certyfikatem ekologicznym i dobrym składem to śmiało możemy tam szukać, asortyment już jest spory, a z tego co widzę stale się powiększa.


Z kosmetykami zbytnio nie poszalałam, mam za duże zapasy żeby jeszcze coś dokupować. Skusiłam się tylko na dwa szampony Alterry. Oba już miałam i byłam z nich bardzo zadowolona. Szamponów i odżywki Alterra używam już od wielu lat i jak do tej pory jestem z nich za każdym razem zadowolona. Ograniczyły moje przetłuszczanie się włosów, do tego dobrze oczyszczają i nie plączą końcówek. Na pewno będę ich używać jeszcze przez długi czas, no chyba że coś się stanie i firma zniknie z rynku.
Oprócz kosmetyków Alterra, w obecnej promocji możemy zakupić kosmetyki YOPE, Vianek, Natura Siberica, Tołpa, O'Herbal, Petal Fresh i wiele innych.

 
Promocję uważam za udaną, jedynym minusem jest mała dostępność niektórych produktów. Niestety ale marki takie jak YOPE czy Vianek nie są dostępne we wszystkich sklepach, trzeba ich szukać w tych większych Rossmannach.
Skorzystaliście  z promocji, czy może tym razem odpuszczacie?
 
 
Zapraszam na mój profil na instagramie, właśnie trwa na nim rozdanie kilku świetnych kosmetyków takich firm jak Balea, Marion i Bielenda !

wtorek, 9 stycznia 2018

L'biotica jaśmin indyjski i mleko kokosowe

L'biotica jaśmin indyjski i mleko kokosowe
Witajcie :)
 
Dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić recenzją zestawu kosmetyków L'biotica, z limitowanej serii jaśmin i mleko kokosowe. Zestaw wygrałam w świątecznym rozdaniu organizowanym na Dresscloud, jest to już moja druga wygrana w ich rozdaniu, więc warto brać w nich udział :)
W skład mojego zestawu wchodzi maska do włosów i szampon micelarny. Miałam już kilka masek Biovax, ale szampon to dla mnie zupełna nowość.
 

 

Zacznijmy od recenzji maski. Jest ona przeznaczona do włosów osłabionych i  wypadających . Kosmetyk zamknięty jest w plastikowym opakowaniu, typowym dla masek Biovax. Razem z maseczką otrzymujemy foliowy czepek termoochronny, który poprawia wchłanianie kosmetyku oraz chroni przed zabrudzeniem w czasie aplikacji. Maska ma przyjemny, lekko orientalny zapach. Nie czuję w niej jaśminu, za to wyraźnie wyczuwam mleko kokosowe. Konsystencja jest gęsta i kremowa, dzięki czemu kosmetyk łatwo się nakłada.
Zanim zaczęłam używać maski Biovax miałam duże problemy z rozczesywaniem włosów. W zasadzie odkąd pamiętam mam z tym mniejszy bądź większy problem -  moje włosy mają tendencję do kołtunienia się, łatwo się plączą i puszą. Po użyciu maski problem znika w magiczny sposób - nagle mogę z łatwością rozczesać włosy. To dla mnie ogromny plus, nie każda odżywka tak działa. Kolejnym plusem jest wygląd włosów. Wiadomo, że zniszczone końcówki ciężko zregenerować, nie wyglądają one też za ciekawie, ale dzięki tej masce włosy z pewnością wyglądają zdrowiej niż przedtem. Niedługo pójdę przyciąć końcówki, wtedy efekt powinien być jeszcze lepszy. Włosy są wygładzone i sypkie, tego też nie zapewnia każda odżywka. Ciężko mi powiedzieć coś na temat samego wypadania. Faktycznie, ostatnio zbieram nieco mniej włosów ze szczotki, ale też nigdy nie było ich zbyt wiele. Najważniejsze, że maska działa regenerująco i naprawczo :)




Szampon micelarny o zapachu kwiatu jaśminu i mleka kokosowego zamknięty jest w małym opakowaniu. Bardzo mnie ono zaskoczyło, bo ma zaledwie 200 ml i jest mniejsze niż maska. Nie jest to takie złe, bo szampon będzie w sam raz na siłownię, szkoda tylko że nie wystarczy na długo. Kosmetyk ma przyjemny, kwiatowy zapach. Nie czuję w nim jaśminu, bardziej wyraźny jest aromat mleka kokosowego. Szampon ma brokatowe drobinki, które bardzo mnie zdziwiły. Po co w szamponie brokatowe drobinki? Raczej nie zaszkodzą, za to mają (chyba) za zadanie rozświetlać włosy. U mnie w sumie nie widziałam żeby te drobinki zrobiły cokolwiek, ale przynajmniej sam szampon wygląda ciekawiej. Kolejną interesującą rzeczą jest sposób nakładania. Szampon nakłada się oczywiście w normalny sposób, ale jest on ciężki, tak jakby tłusty, z dodatkiem olejku. Prawie się nie pieni. Byłam przerażona jak go nałożyłam, nie wierzyłam, że doczyści moje włosy, ale jednak spisał się znakomicie. Po jego użyciu włosy były miękkie, delikatne i bardzo dobrze oczyszczone. Za każdym użyciem lubię ten szampon coraz bardziej, jest bardzo ciekawy i na pewno warto go przetestować. Chętnie sięgnę po niego ponownie, nie odstraszyło mnie nawet niewielkie opakowanie :)


Podsumowując, firma L'biotica jak zwykle spisała się znakomicie. Oba kosmetyki są dobrej jakości i mają świetny wpływ na włosy. Znajdziecie je m.in. w Rossmanie, w cenach ok. 20-23 zł, myślę że nie jest to dużo jak na taką jakość. Bardzo mi miło że mogłam przetestować tą serię, oby więcej takich udanych produktów!

Zapraszam na mojego Instagrama (link po prawej stronie) - w weekend postaram się ruszyć z ciekawym rozdaniem!

piątek, 5 stycznia 2018

denko: grudzień 2017

denko: grudzień 2017
Witajcie :)
 
 Długo nie mogłam się zabrać za ten post - zdjęcia wyszły okropnie, a wszystkie puste opakowania powędrowały już  do kosza - ale w końcu to jakoś ogarnęłam. Jak co miesiąc przychodzę do Was z denkiem, w tym miesiącu dosyć udanym.  Zużyłam kilka starych kosmetyków, których przez długi czas nie mogłam wykończyć, niestety trafiła się też jedna rzecz po terminie. W zeszłym miesiącu zużyłam też wyjątkowo dużo próbek, aż 14. Bardzo mnie to cieszy, bo mam cały karton próbek i kiedyś muszę to w końcu zużyć. Zaczynamy!
 

1. W grudniowym denku pojawiły się wyjątkowo aż dwa produkty do golenia. Pierwszy z nich to pianka Balea o zapachu tropikalnym. Pianka pachniała bardzo ładnie, była też całkiem niezła, choć nie tak dobra jak żel.

2. Drugi produkt to żel do golenia Balea, również o zapachu tropikalnego kokosa. Żel był dobry, dzięki niemu miałam wyraźnie mniej podrażnień. Chętnie kupię kilka na zapas przy kolejnej wizycie w DM.

3.  W tym denku było też wyjątkowo dużo żeli pod prysznic. W końcu wykończyłam wszystkie te, które miałam na dnie, w łazience od razu zrobiło się więcej miejsca. Pierwszym żelem który wykończyłam był truskawkowy LPM, o którym pisałam już na blogu (KLIK). Żel okazał się mniej wydajny niż przypuszczałam, ale jego używanie to była prawdziwa przyjemność.

4. Kolejnym żelem był One Ginger Morning Treaclemoon, jeden z moich ulubieńców. Kocham ten zapach i na pewno do niego wrócę. Żel pachnie jak cola z cytrynami, jest bardzo orzeźwiający. Do kompletu mam jeszcze balsam :)

5. Trzeci żel pochodził z zimowej, limitowanej edycji Isana. Zapach był bardzo słodki, aż mdły. Na początku mi się podobał, ale im dłużej go używałam tym bardziej mi przeszkadzał.

6. Ostatni żel również był opisany na blogu, w poście Halloweenowym. Żel wystarczył na długo, ale im dłużej go używałam tym bardziej drażniła mnie jego konsystencja - był trochę za rzadki, przez co przelewał się przez ręce. Właśnie przez ta konsystencję nie zdecydowałam się na zakup wersji świątecznej.

7. W zeszłym miesiącu wykończyłam też kolejny już szampon Batiste, o zapachu róży. Róża to to na pewno nie była, raczej jakieś kwiaty i słodkie perfumy, ale sam szampon spisywał się znakomicie. Wiele razy uratował na szybko moją fryzurę.  

8. Kolejnym produktem do włosów był ziołowy czarny szampon Babuszki Agafi. Była to już moja druga butelka w tamtym roku. Szampon dobrze oczyszczał włosy, nie powodował ich przetłuszczania. Na pewno kiedyś sięgnę po niego ponownie.

 
9.  Kosmetykiem który się przeterminował był balsam po opalaniu Sun Balance. Spisywał się tak sobie, miał brzydki zapach i ciężką konsystencję. Po nałożeniu go na skórę wszystko się kleiło. Nie polecam.
 
10. W końcu zużyłam do końca peeling Love Your Body. Peeling był świetny, chętnie przetestowałabym inne zapachy. Jedyny minus jaki zauważam to zacieki na opakowaniu, ale kto by się tym przejmował - następnym razem przesypię peeling do jakiegoś słoiczka i wszystko będzie ok :)
 
11. Z kosmetykami do twarzy wyszło skromnie, zużyłam tylko dwie rzeczy. Pierwszą z nich był żel do mycia z aktywnym węglem Balea. Żel miał bardzo dziwną konsystencję, taką jakby smolistą. Nie przyklejał się do twarzy, nie tworzył piany, w sumie to miałam wrażenie że nic nie oczyszcza. Natomiast po użyciu żelu widziałam, że skóra jest czysta, bez resztek makijażu czy innych zanieczyszczeń, tak więc jednak działał.
 
12. Drugim kosmetykiem do twarzy była mgiełka oliwkowa Ziaja. Kupiłam ją w lecie, z myślą o nawilżaniu twarzy w ciągu dnia, ale używałam jej w zasadzie tylko na plaży, czasami po siłowni. Lepiej spisywała się jako tonik po wieczornym demakijażu. Raczej nie kupie jej ponownie, wolę wodę różaną albo hydrolat.
 
13. Ostatnim kosmetykiem do twarzy była wykończona na początku miesiąca maseczka Marion. Maseczka bardzo mi pomogła, używałam jej jako kremu na noc - rano moja skóra była świetnie nawilżona! Całą serię uważam za bardzo udaną.
 
14. Najskromniej jak zwykle było z kolorówką. Zużyłam tylko swój ulubiony tusz, Loreal so couture :)
 


15. Jak widzicie zużyłam całkiem sporo próbek (14 szt + jeden mini produkt). Jestem z tego powodu bardzo zadowolona, bo próbek mam aż za dużo. Znalazłam tu kilka ciekawych produktów, jak np. toner Skinfood albo krem ze śluzem ślimaka, ale też i kilka bubli (krem BB Madara - okropność!). Póki co i tak nie kupię sobie żadnego pełnego opakowania, bo moja kosmetyczka pęka w szwach, jeszcze trochę i zacznę potrzebować drugiej łazienki na to wszystko :D
 
 
Jak tam Wasze zużycia, udane w tym miesiącu? :)

Zapraszam na mojego Instagrama, jeśli dobrze pójdzie to w tym miesiącu zacznie się kolejne rozdanie :)

sobota, 30 grudnia 2017

Podsumowanie 2017 roku

Podsumowanie 2017 roku
Witajcie :)

Dzisiejszy, ostatni post w tym roku, będzie postem podsumowującym. W ciągu roku wiele się u mnie pozmieniało, uznałam więc że warto o tym napisać. Za rok będę mogła to porównać z kolejnym podsumowaniem, ciekawi mnie co z tego wyniknie.

1. Założyłam bloga!

Z pomysłem założenia bloga nosiłam się już od dawna, ale ciągle nie byłam pewna czy dam radę. Teraz widzę, że blogowanie jest łatwiejsze niż myślałam, do tego sprawia mi ogromną przyjemność. Blog ma dopiero kilka miesięcy, ale już widzę że zdobył powiększające się grono czytelników, z czego jestem bardzo zadowolona - dziękuję!
W 2018 roku mam w planach dalszy rozwój. Na pewno pojawią się nowe recenzje kosmetyków, kolejne rozdania, chcę też wprowadzić nieco większą różnorodność. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem to na blogu pojawi się więcej recenzji świeczek, akcesoriów, pojawią się makijaże oraz zupełna nowość, zobaczycie jaka :)
Równolegle z blogiem założyłam też nowe konto na IG, na tą chwilę mam ok. 600 obserwatorów - nie przypuszczałam, że kiedykolwiek dojdę do takiej liczby. Kosztowało mnie to trochę wysiłku ale oczywiście się nie poddaję i mam zamiar nadal rozwijać konto :)

 
2. Kartki urodzinowe!

Na Dresscloud powstała na początku roku akcja wymiany urodzinowymi kartkami. Wymiana to może za dużo powiedziane - każdy wysyła kartkę komu chce, bezinteresownie. Jest to jedna z moich ulubionych akcji, z której na pewno nie zrezygnuję choćby nie wiem co. Sama przez cały rozesłałam ok. 30 mniejszych lub większych paczuszek, a na swoje urodziny zostałam wręcz zasypana przesyłkami, część z nich możecie zobaczyć niżej. Jeśli chcecie dołączyć to podaję link: KLIK - nie ma żadnych wymogów, wystarczy podać swoją datę urodzin, a potem poprosić wybrane osoby o adres do wysyłki.








3. Nowości kosmetyczne!

Oczywiście rok 2017 obfitował w różne nowości. Odkryłam kilka ciekawych sklepów i kilka świetnych produktów, o czym napiszę jeszcze post w styczniu. Jeśli jesteście ciekawi moich hitów roku 2017 to zapraszam do śledzenia bloga, niedługo pojawi się podsumowanie :)


 


4. Konkursy!

Jakimś cudem udało mi się wygrać kilka ciekawych konkursów i rozdań. Jak do tej pory nigdy mi się to nie udawało, za to w ostatnim półroczu zostałam obdarowana kilkoma paczkami z Dresscloud, paczką od marsylskie.pl i paczką z rozdania u www.perfectfoundation.pl/. Do tego załapałam się na dwie kampanie ambasadorskie LPM (KLIK, KLIK ). Jak już wspomniałam, nigdy do tej pory nie udało mi się niczego wygrać (no może 5 zł w zdrapce :D ), więc bardzo cieszę się z każdej nagrody.






5. A w życiu prywatnym...

...trochę się u mnie pozmieniało, na szczęście na plus. Skończyłam studia i zaczęłam II stopień, zaocznie. System studiowania okazał się strzałem w dziesiątkę, wcześniej ciągle chodziłam przemęczona (praca + studia dzienne), za to teraz mam w końcu czas na siebie i swoje pasje. Zmieniłam pracę, na znacznie ciekawszą i spokojniejszą (i lepiej płatną). W końcu nauczyłam się pływać, co uważam za wielkie osiągnięcie, bo do tej pory panicznie bałam się wody.

Podsumowując, uważam że rok 2017 był całkiem udany. W końcu udało mi się trochę zwolnić, odpocząć i skupić się na swoich pasjach i rozwoju. Mam nadzieje, że rok 2018 będzie jeszcze lepszy, blog będzie się stopniowo rozwijać, a Wy zostaniecie ze mną na dłużej :)

Jaki był Wasz rok? Uważacie, że był udany? Co było Waszym największym osiągnięciem? Czekam na Wasze komentarze :)

Ponieważ jest to już mój ostatni post w tym roku, chciałabym Wam życzyć świetnej zabawy sylwestrowej i udanego roku 2018. Wszystkiego dobrego!


poniedziałek, 25 grudnia 2017

make me bio puder myjący - hit?

make me bio puder myjący - hit?
Witajcie w ten świąteczny poranek :) 
Jak Wam minęła Wigilia? U mnie było miło i spokojnie, Mikołaj zadbał o porcję nowości kosmetycznych, a z przejedzenia zaraz chyba pęknę :D

Dzisiaj przychodzę do Was z pierwszą recenzją kosmetyku ze sklepu marsylskie.pl. W grudniu doszła do mnie paczka z ich naturalnymi kosmetykami, jednym z nich był właśnie puder myjący Make Me Bio. Puder wzbudził wielkie zainteresowanie, zarówno moje jak i Wasze. Do tej pory nie miałam do czynienia z takim kosmetykiem, dlatego z wielką chęcią go przetestowałam. Jeśli jesteście ciekawi to zapraszam do lektury.

Pierwszą rzeczą która rzuca się w oczy jest opakowanie. Kosmetyk zamknięty jest w niewielkim, szklanym słoiczku. Wygląda to bardzo gustownie, ponadto glinka, która jest bazą pudru, nie reaguje ze szkłem, co jest oczywiście poważną zaletą (a już widziałam glinkę w metalowym pudełeczku...). Opakowanie jest też dla mnie pewną wadą, nie mogę zostawić go na półce w łazience, bo w razie gdyby mój kot je zrzucił to już bym nie miała czego zbierać. Ale to nic, bo na szczęście znalazłam miejsce w zamykanej szafce, właścicielom kotów polecam chowanie takich rzeczy ;)

Kolejną rzeczą która zwróciła moją uwagę jest skład. Jak widać na zdjęciu, w kosmetyku znajdziemy tylko 4 składniki: białą glinkę, owies, ekstrakt z lawendy i róży. Nie znajdziemy tu natomiast typowych substancji myjących, konserwantów, aromatów i barwników. Kaolin, czyli biała glinka, stanowi bazę produktu. Jest to jedna z najłagodniejszych glinek, dlatego znajdziemy ją w wielu kosmetykach, zarówno do pielęgnacji jak i makijażu. Ma właściwości oczyszczające i łagodzące, polecana jest do cery tłustej, mieszanej i suchej. Jest to więc bardzo uniwersalny składnik. Wydaje mi się, że glinka stanowi znaczącą część całego kosmetyku, reszta składników występuje w o wiele mniejszej ilości.
Zgodnie ze swoją nazwą, produkt ma formę pudru. Jest bardzo sypki i delikatny. Można go używać na dwa sposoby, jako maseczkę i jako kosmetyk myjący. Jeśli chcemy użyć go do mycia to wystarczy, że w dłoni rozrobimy go z wodą. Musimy doprowadzić go do konsystencji pasty, nie może być zbyt rzadki bo spłynie nam po dłoniach i nic nie umyje. Pastę nakładamy obficie na twarz i myjemy nią dokładnie, następnie spłukujemy. Maseczkę robi się w niemal identyczny sposób, musimy rozrobić puder z wodą i nałożyć pastę na twarz, możemy też do niej dodać odrobinę ulubionego olejku. Musimy pamiętać o tym, że glinka nie powinna wysychać, trzeba stale ją nawilżać (np. wodą w sprayu albo hydrolatem).



Jaka jest moja opinia?
Na początku używałam pudru tylko do mycia. Pierwsza próba skończyła się kiepsko, bo dodałam za dużo wody, przez co cały kosmetyk spłynął mi po rękach. Potem było już na szczęście lepiej, gęstsza pasta przyklejała się do twarzy i delikatnie ją oczyszczała. Po myciu skóra jest na pewno odświeżona, jest też cudownie miękka i gładka, jak po peelingu. Nie przetłuszcza się tak szybko jak po użyciu tradycyjnego kosmetyku do mycia. Minusem jest to, że pasta nie zmywa makijażu. Może usunąć resztki pudru, ale oczywiście o zmyciu tuszu do rzęs możemy zapomnieć. Ja używam jej jako drugiego kroku w oczyszczaniu, pierwszym jest olejek myjący z Bielendy.
Jako maseczka kosmetyk spisuje się też całkiem nieźle. Po jego użyciu skóra jest delikatna, mam wrażenie że jest rozjaśniona i odżywiona. Cera wygląda zdrowo i promiennie.
Puder jest wydajny, używam go regularnie i jak do tej pory nie widzę wielkiego ubytku. Na początku bałam się że zużyję go raz dwa, ale teraz widzę, że wystarczy mi na długo.
Cały czas nie wiem co powiedzieć na temat ceny produktu. Na stronie marsylskie.pl kosztuje on 28,50 zł, co z jednej strony jest wysoką a z drugiej niską kwotą. Kosmetyk nie ma wielu składników, na pewno można go zrobić samodzielnie, jednak z drugiej strony jest on bardzo wydajny. Gdybym zrobiła sobie sama taki puder pewnie wyszłoby go za dużo jak na moje potrzeby. Dodatkowo firma stosuje składniki najwyższej jakości, które są odpowiednio droższe. Myślę więc, że cena jest do przeżycia, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że kosmetyk wystarczy na 2-3 miesiące używania.
Podsumowując, z pudru jestem zadowolona. Jest to dla mnie zupełna nowość, ale wiem już że dzięki niemu na pewno zaprzyjaźnię się bliżej z białą glinką, która ma wspaniałe właściwości. Nie wykluczam że kupię drugie opakowanie :)

Co sądzicie o tym kosmetyku? Jesteście go ciekawe? Chętnie poznam Waszą opinię :)




W domach ciepło, świątecznie, choinka wiruje światłami, stosy prezentów piętrzą się wokół, świat wypełniony jest życzeniami. Wesołych świąt Bożego Narodzenia!


Obsługiwane przez usługę Blogger.
Copyright © 2016 Jednafiga Blog , Blogger